Nowe „Sklepy cynamonowe”

Sklepy cynamonoweO „Sklepach cynamonowych” i ich autorze powiedziano już niemal wszystko, choć ciągle jest do odkrycia sporo zagadek, bo przecież Schulz jest wciąż postacią nieco tajemniczą. Postanowiłam sięgnąć po opowiadania tego autora, głównie dzięki Wydawnictwu MG, które zaproponowało czytelnikom wersję „Sklepów cynamonowych” z rysunkami twórcy. W ten sposób udało mi się przyjrzeć ilustratorskiej działalności Schulza.

Opowiadania ukazały się po raz pierwszy w 1934 roku. Choć upłynęło sporo lat, nadal wydają mi się świeże i niezwykle interesujące. W Dwudziestoleciu z pewnością mogły wywołać szok. Pierwszoosobowy bohater opowiada o dzieciństwie. Niby nic niezwykłego, ale sposób w jaki to robi, z pewnością jest nowatorski. Z opowiadań wyłania się świat  o niesamowitej atmosferze, pełen metafor i symboli.

Bruno Schulz tworzy swoją prywatną mitologię. Na jej czele stoi Ojciec, widziany z perspektywy dziecka, czasem jest herosem, niekiedy karakonem. Wrażliwość narratora, jego wyobraźnia powodują, że Ojciec znika, umiera, by za chwilę pojawić się w zakamarkach domu. Jawa i sen zostają zrównane, najbardziej fantastyczne wydarzenia główny bohater traktuje najzupełniej naturalnie. A czytelnik razem z nim.

W książce najbardziej przemawia do mnie świat przedstawiony. Z daleka wydaje się być zupełnie zwyczajny. Jednak przy bliższej próbie przyjrzenia się mu, znajdujemy nowe, nieznane ulice, nieodkryte przestrzenie. Oniryczna logika przyjmowana jest przez bohaterów w sposób oczywisty. Podoba mi się uniwersum widziane z perspektywy dziecka. Schulz potrafił idealnie przedstawić tę perspektywę, gdzie logika nie ma racji bytu. Istotne są z kolei wrażenia i wyobrażenia dziecka. Realność  miesza się z fantazją, ale jest przyjmowana jako coś zwyczajnego.

 Ilustracje w książce stanowią jej dopełnienienie. Pokazują czytelnikowi, jak widział świat „Sklepów cynamonowych” sam autor. Czy nasza wyobraźnia poszłaby w tym samym kierunku? Zarówno proza, jak i ilustracje wywołują u odbiorcy poczucie niepokoju, są zagadkowe i zmuszają umysł do pracy. Właśnie po to jest sztuka – ta przez wielkie S.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu MG.

Alice Munro – „Taniec szczęśliwych cieni”

Taniec szczęśliwych cieniAlice Munro, nazywana jest kanadyjskim Czechowem, kandydatką do Literackiej Nagrody Nobla. Niestety, nie miałam dotąd kontaktu z prozą tej autorki. Na szczęście, wydany ostatnio – „Taniec szczęśliwych cieni” pozwolił mi wkroczyć w świat wykreowany przez Munro.

Dobrze się złożyło, bo książka ta jest debiutem autorki – a lubię zaczynać od początku. Ciekawa jestem, jej późniejszych opowiadań, bo choć książka powstała 45 lat temu, dopiero teraz dociera do nas. Zdarza się, że debiut nie zawsze zachwyca. W tym przypadku nie ma się czego bać. „Taniec szczęśliwych cieni” stanowi zbiór piętnastu opowiadań na najwyższym poziomie.

Pierwsze skojarzenie, które miałam, czytając książkę, było nierozłącznie związane z Wisławą Szymborską. Gdyby polska poetka pisała prozę, tworzyłaby tak jak Munro. Dlaczego? Otóż kanadyjska pisarka na ledwie dwudziestu stronach – na których mieści się średnio jedno opowiadanie, potrafi zawrzeć cały świat, mikro i makrokosmos jednocześnie. Znaczenia, które kryją się na kolejnych stronach mogą wywołać lekki zawrót głowy. Skondensowanie – tak najkrócej można podsumować prozę Munro.

Łatwo wkroczyłam w świat, do którego zapraszają mnie kolejne narratorki. Są nimi głównie kobiety, choć nie zawsze. Wyłania się z niego interesujący obraz kobiet – outsaiderek. W opowiadaniach widoczne są wątki autobiograficzne. W kilku historiach pojawia się lisia ferma, życie codzienne lat trzydziestych i czterdziestych XX w. i kanadyjska prowincja, chora matka.

Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Alice Munro opisuje zwykłych ludzi, jednak dla niej każdy bohater jest wyjątkowy. Nie istnieje takie pojęcie jak zwykły człowiek. Po prostu autorka oddaje mu głos i pozwala snuć swoją historię. Tak jak w pierwszym opowiadaniu: dzieci jadą z ojcem – komiwojażerem sprzedawać medykamenty, ale przy okazji wszyscy razem udają się do jego dawnej ukochanej. Nikt nie robi z tego tajemnicy, nic złego się nie dzieje, jednak bohaterowie zatrzymają to wydarzenie wewnątrz siebie i nikomu o tym nie powiedzą. Pozostaje   rysa w relacji ojciec – córka.

Każde opowiadanie pozwala czytelnikowi wkroczyć do kanadyjskich domów z pierwszej połowy XX wieku. Problemy, które poznamy, pokażą człowieka jako niezwykle skomplikowany twór. Alice Munro zachowuje się jak zegarmistrz. Tworzy miniaturowe dzieło, tak precyzyjne, jak najlepszy szwajcarski zegarek.

Bohaterowie, których poznamy, nie będą mieli w sobie zbyt wiele heroiczności. Za to zauważymy w nich sporo kompleksów, lęków, niespełnionych nadziei. Domy, do których wkroczymy, przepełnione będą skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi. Za każdym jednak razem te historie poruszą czytelnikiem. Munro, przedstawiając pozornie codzienną sytuację, podkreśla jednak, że tym razem coś się wydarzy. Jakiego wyboru dokonają bohaterowie, jakie będą tego konsekwencje?

Do tej pory uważałam, że na szczycie krótkiej formy prozatorskiej znajduje się Julio Cortazar. Teraz ma towarzystwo w postaci wybitnej pisarki, jaką jest niewątpliwie Alice Munro.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WL

Powrót do klasyki: „Sturm” Jüngera

SturmIstnieją twórcy, którym sporo się obrywa za czasy w których żyli. Albo, że wielbili ich ci, o których cały świat wolałby zapomnieć – mam na myśli Wagnera i Hitlera. Inni są odkrywani ponownie po wielu latach, a wtedy okazuje się, że warto do tych twórców sięgnąć.

Takim pisarzem, który okrył się niesławą był Ernst Jünger, niemiecki pisarz żyjący w latach 1895-1998. Czytelnicy wypominali mu poglądy faszystowskie i bycie apologetą wojny. W opowiadaniu Sturm, wydanym w odcinkach w Kurierze Hanowerskim w 1923 roku, autor ukazał inne oblicze. Tłumacz nazywa je „twarzą doktora Jekylla”.

Dzieje się tak, gdyż w opowiadaniu nie ma miejsca na pochwałę wojny. Pojawi się dopiero w kolejnych dziełach  Jüngera. Główny bohater Sturm – alter ego pisarza – zdaje sobie sprawę z „aksjologicznej pustki wytworzonej przez wojnę”. Świat nagle stał się nowoczesny – za sprawą wynalazków, które rozpędzała machina wojenna. Karabin maszynowy, miny, artyleria, lotnictwo sprawiło, że żołnierz nie mógł się wykazać bohaterstwem. Heroizm nie miał tu miejsca, a jedynie walka o przetrwanie, odzierająca jednostkę z wyższych uczuć. Mimo to, żaden z bohaterów nie wykazuje się apatią, wręcz przeciwnie – każdy żółnierz robi to co do niego należy – walczy.

Jak nadać swojej egzystencji głębszy sens? Czy walczyć, a może się poddać? Z człowieka jako indywidualnego bytu nie zostaje nic – tylko przedziurawiony kulami mundur. Nie są istotne poglądy człowieka, jego marzenia. Gdzie tu miejsce na wolność jednostki? Opowiadanie  Jüngera mówi o bólu człowieka i jego rozdarciu wewnętrznym. Autor zadaje sobie i czytelnikowi pytanie: jak się pogodzić z egzystencją w tak okrutnych czasach?

Opowiadanie pt. Sturm liczy niespełna sto stron. Zostało napisane w dwudziestoleciu międzywojennym, ale odkryto je na nowo czterdzieści lat później. Czasmi  obserwuję reakcje osób, którzy są bardzo zdziwieni, że podczas pierwszej wojny zginęło znacznie więcej żołnierzy, niż w kolejnej wojnie. Książka jest napisana tak, że nie odczuwa się upływu czasu. Równie dobrze mogłaby się rozgrywać we współczesności, gdyż temat jest ciągle aktualny. Warto sięgnąć po to krótkie opowiadanie, by zdać sobie sprawę, że po niemal stu latach, ta literatura nadal jest żywa i nie pokryła się kurzem archaizmu.

Książkę poznałam dzięki wydawnictwu Tako.

Wszystkie boże dzieci tańczą – Haruki Murakami

Wszystkie boże dzieci tańczą„Wszystkie boże dzieci tańczą” Murakami Harukiego to zbiór sześciu opowiadań japońskiego pisarza, które łączy jeden wątek: trzęsienie ziemi w Kobe. Bohaterowie, miejsca i wydarzenia są zupełnie różne, nie łączą się ze sobą, wszędzie jednak pojawia się wątek owego kataklizmu. Nie wpływa on bezpośrednio na losy bohaterów. Nikt z nich nie uczestniczy w tragicznych wydarzeniach, skutki kataklizmu każdy z nich może tylko oglądać w telewizji, bo bezpośrednio ich nie dotyka. Jednak samo trzęsienie ziemi coś wyzwoli w postaciach. A mianowicie świadomość przemijania, z którą należy się pogodzić.
Forma literacka, którą wybrał Murakami przypomina mi oszczędne malarstwo japońskie. Nie ma żadnych zbędnych ozdobników w kreowaniu świata przedstawionego. Kiedy czytałam opowiadania, to przychodziło mi do głowy skojarzenie z bonsai. Historie, które kreśli autor, mimo tego, że są krótkie, posiadają wszystko co powinny mieć, choć w ograniczonej formie, jak te pieczołowicie i starannie przycinane drzewka. Nie przeszkadza to jednak wyobraźni stworzyć obrazu świata kreowanego przez pisarza. Co więcej, autor daje nam – odbiorcom spore pole do popisu. Murakami rysuje kreskę, a my mamy sobie resztę dopowiedzieć. Pewne wydarzenia, historie są niedopowiedziane, przez to nieoczywiste. Również od odbiorcy będzie zależało, czy przyporządkuje opowiadania jako realistyczne, czy bardziej surrealistyczne. No bo przecież walka żaby z dżdżownicą o losy Tokio, może być odebrana jako marzenie senne bohatera, albo czysty surrealizm.
Bohaterów opowiadania łączy samotność. Każdy z nich ma potrzebę odkrycia w sobie prawdziwego ja. Odbywają podróż w poszukiwaniu tożsamości. Niekiedy będzie to podróż realna do Hokkaido, albo Tajlandii, lub wewnątrz siebie. Bardzo zaintrygowała mnie wypowiedź jednej z postaci:
?Jeżeli będzie pani traciła zbyt wiele sił na życie, nie uda się pani spokojnie umrzeć. Musi pani po trochu zmienić bieg. Trzeba żyć i umieć umrzeć – to rzeczy w pewnym sensie równorzędne”.
Murakami w opowiadaniach przypomina o nieuchronności śmierci. Bo „życie na tym świecie to tylko przelotny bolesny sen”. Jednocześnie śmierć nie jest przedstawiana w sposób pesymistyczny, tylko jako coś nieuchronnego, a zarazem część życia.
Przemówiły do mnie opowiadania Murakamiego. Zarówno fabuła, jak i forma są bardzo intrygujące. Sam przekaz jest również istotny. Nieuchronność śmierci i przemijania jako część naszej egzystencji, o której staramy się nie myśleć. Autor poprzez swoje opowiadania oswaja nas z tą częścią życia… Trzeba się na to również przygotować, bo jest bardziej pewna, niż trzęsienie ziemi w Kobe.

Siostry na wiele wariantów i nie tylko…

Siostro, siostroNie przepadam za przyporządkowywaniem odbiorcy do jakiejś kategorii. Zbiór opowiadań Oksany Zabużko pt. „Siostro, siostro” jest reklamowany jako literatura dla kobiet. Chociaż pojawia się napis w nawiasie, że nie tylko dla nich. Jednak, gdybym była mężczyzną czułabym się jak intruz. Wydaje mi się, że książka nie powinna być z góry skazywana na jeden rodzaj odbiorców. Nawet jeśli głównymi bohaterkami są kobiety.

Autorka serwuje czytelnikowi danie składające się z sześciu opowiadań i krótkiej autobiografii, będącej zarazem podsumowaniem i wyjaśnieniem doboru poprzedzających ją tekstów. Zabużko troszkę nam odsłania ze swojego warsztatu, wyjaśnia powstanie tych historii, ale nie tłumaczy wszystkiego. Interpretację zostawia czytelnikowi.

Zaskoczyła mnie historia rodem z „Balladyny”. Archetyp Kaina i Abla w wersji żeńskiej. Jednak niedaleko ma nasza polska kultura do ukraińskiej. Źródła ludowe są te same. Tylko Zabużko wybiera inną formę niż nasz wieszcz. Autorka świetnie przetworzyła znaną opowieść i wyszło jej cacko.

Opowiadania łączy motyw siostry w różnych aspektach. Siostra jako drugie ja, siostra upragniona, znienawidzona, bratnia dusza. Bohaterki mogą być zagubione w swojej rzeczywistości, przeżywają dylematy moralne, ale poszukują. Odkrywają swoje dusze przed czytelnikiem i dają nam różnorodność znaczeń.

Oksana Zabużko często odwołuje się do znanych motywów i wątków, jednak opowiada o nich na swój sposób. Nie jest to łatwa lektura. Czytelnik otrzymuje monologi wewnętrzne bohaterów, strumienie świadomości i mnóstwo nawiązań do innych dzieł kultury, nie tylko literatury, ale również malarstwa, filozofii, mitologii. Opowiadania oniryczne mogą kojarzyć się z B. Szulcem, a historia Mileny przypomina jedno z opowiadań Cortazara o aksolotlach… (kto czytał, to wie, co to za zwierz). Dlatego nie ograniczajmy czytelnika do kobiet, ponieważ trudne tematy i odwołania literackie, to kąsek dla każdego, niezależnie od płci. Trzeba tylko mieć warunki do skupienia, nie da się tych opowiadań przeczytać na plaży, czy w zatłoczonym pociągu, bo trzeba się przy nich odpowiednio skupić. Mimo to warto podjąć ten wysiłek umysłowy.