„Kto wykradł grę z komputera? Czyli nowa historia szpiegowska” – Ewa Nowak

Kto wyradl gre z komputeraLista książek dla dzieci oraz młodzieży, które napisała Ewa Nowak, jest bardzo długa. My sięgnęliśmy nie tak dawno temu po „Nogę w szufladzie”, więc kiedy tylko zauważyliśmy, że autorka napisała drugą część historii szpiegowskiej, musieliśmy przeczytać i tę powieść. Książka „Kto wykradł grę z komputera?” została oparta na podobnym pomyśle, ale z nową dawką przygód.

Mieszko i Marcelina są przyjaciółmi, ale tak naprawdę nie są zwykłymi dziećmi. Noszą przecież kryptonimy – Anakin i Omega. A to oznacza jedno – są tajnymi szpiegami operacyjnymi. Kieruje nimi Czternasty, prywatnie ojciec Miłosza. Czytaj dalej

„Dom wzajemnych rozkoszy” – Hanna Samson

Dom wzajemnych rozkoszyTeksty Hanny Samson czytuję w „Wysokich Obcasach”. Do tej pory nie miałam jednak okazji, by poznać bliżej jej twórczość prozatorską. Sam tytuł: „Dom wzajemnych rozkoszy” sugeruje tematykę erotyczną. Jednak, czytając tę książkę, nie można zapomnieć o tym, że autorka jest również psychologiem oraz feministką.

Wyobraźmy sobie nowe, telewizyjne reality show. Wygrywa w nim osoba, która opowie najbardziej pikantną historię. Oceniać będą telewidzowie, a program poprowadzą bardzo agresywni dziennikarze: MacPenis i MacCipka (ta ostatnia oczywiście otrzyma niższą gażę, niż jej kolega). Ich zadanie polegać ma na tym, by podkręcać atmosferę. Napięcie erotyczne powinno wzrastać, bo nic tak nie przyciąga widzów przed telewizory tak jak seks i możliwość podglądania.

W Domu Wzajemnych Rozkoszy przebywa dziesięć osób. Producenci show wzorują się na „Dekameronie”, stąd dziesięć historii. Najważniejsze jednak, że wygrać ma osoba, która przełamie swój wstyd i opowie bez zahamowań o łóżkowych podbojach. Hanna Samson obśmiewa programy typu „reality show”. Bo tu chodzi tylko i wyłącznie o podglądactwo. Im mniej zahamowań będą mieli uczestnicy programu, tym większa widownia zasiądzie przed ekranami telewizorów. Liczy się tylko rozrywka (bo za dużą oglądalnością idą pieniądze), nie ma miejsca na najmniejszą nawet refleksję.

Prowadzący dziennikarze również nie wykazują się inteligencją, nie na tym polega ich zadanie. Zachęcają uczestników programu, tak jak zagrzewa się bokserów. Ma być ostra walka, ale nikt nie powinien walczyć na pięści, a snuć gorącą opowieść o seksie. Jednak w pewnym momencie dochodzi do zbrodni. Uczestnicy programu w niejasnych okolicznościach zaczynają ginąć. Program stopniowo wymyka się spod kontroli. Oczywiście producenci nie zamierzają go przerywać, zgodnie z zasadą:  „show must go on”. Ale czy uda się utrzymać zbrodnię w tajemnicy przed widzami?

Jednak Hanna Samson nie ma zamiaru karmić naszych prymitywnych potrzeb. Wbrew oczekiwaniom prowadzących i formule programu, bohaterowie opowiadają takie historie, które wyłamują się ze schematu. Snują opowieści, w których najważniejsze są ludzkie emocje. Okazuje się, że choć zalewa się ludzi pornografią, kultem ciała, samo rozładowanie seksualne nikomu nie daje szczęścia. Dlatego właśnie wszystkich najbardziej pociąga opowieść Zofii, emerytowanej nauczycielki, która po wielu latach upokorzeń odchodzi od męża alkoholika i zaczyna życie na nowo. Większość ludzi nie dałaby jej prawa do szczęścia w miłości, bo w pewnym wieku ma według stereotypu jedynie poszukiwać sobie właściwego miejsca na cmentarzu. A ona wtedy odkrywa swoją cielesność i spełnienie w miłości.

W książce „Dom wzajemnych rozkoszy” poznamy historię dziesięciu uczestników programu. Tak jak w „Dekameronie” mają być one snute przez dziesięć dni. Tylko, że bohaterowie przerywają opowiadanie w kulminacyjnym momencie. W ten sposób chcą zapobiec temu, by zostać wyeliminowanym przez widzów. Jednocześnie trzymają w napięciu czytelników.

Hanna Samson napisała książkę, w której stara się ośmieszyć współczesne media, czy świat goniący za sensacją, nie dający ludziom prawa do odrobiny refleksji. „W domu wzajemnych rozkoszy” widzimy dokąd zmierzamy. Autorka wykorzystała pewne elementy powieści erotycznej i kryminalnej, by pokazać ludzkie zagubienie. W świecie, gdzie liczą się statystyki oraz pieniądz, nie ma czasu na zwrócenie się ku drugiemu człowiekowi. Kult młodości, powszechność pornografii sprawiają, że niektórzy zapominają o potrzebie bliskości i miłości. Hanna Samson pokazuje różne drogi, ale nie chodzi tu tylko o erotyczne spełnienie. Powstaje opowieść o tym, jak słuchać samego siebie i zrozumieć własne potrzeby.

Dziękuję Czarnej Owcy za książkę.

„1913. Rok przed burzą” – Florian Illies

1913. Rok przed burząNiedawno minęło sto lat od wybuchu I wojny światowej. Pojawiło się kilka ciekawych pozycji książkowych na ten temat. Dobrze, bo wcześniej temat traktowany był nieco po macoszemu. Jednak jak wyglądała rzeczywistość przed wybuchem Wielkiej Wojny? Dzięki książce Floriana Illiesa: „1913. Rok przed burzą” zostałam wrzucona do świata, który za chwile zmieni się diametralnie. Jednak żadnej nawałnicy na razie nie widać, może gdzieś na horyzoncie widnieją małe chmurki.

Trudno określić gatunek książki. Łatwiej napisać, czym „1913” nie jest. Z pewnością nie jest powieścią, ale książkę czyta się jak kryminał. Można znaleźć w niej informacje historyczne, ale też elementy reportażu. Do tego autor dodaje swój komentarz, czy uzupełnia luki swoimi domysłami.

Mamy do czynienia z migawkami z życia artystów, polityków, wynalazców. Pokazane są one tak, jakbyśmy mieli do czynienia z blogiem. Nie dowiemy się w jednym rozdziale wszystkiego co robił w 1913 roku Franz Kafka, Tomasz Mann, Hitler czy Rober Musil. Informacje są podzielone na części, zgodnie z kalendarzem, gdyż książka ma dwanaście rozdziałów – tyle ile miesięcy w danym roku.

Przyznam, że pomysł na książkę jest błyskotliwy. Jednak nic z tego by nie wyszło, gdyby Illies przedstawił nam tylko suche fakty. Nikomu nie chciałoby się tego czytać, ale nic z tego – autor przedstawi nam takie informacje, że epoka „przed burzą” nabierze barw i to całkiem intensywnych. Zwłaszcza, gdy się dowiemy, jak burzliwe życie prowadzili malarze tacy jak Picasso, czy Oskar Kokoschka, który wtedy właśnie tworzy dzieło życia, a po rozstaniu z ukochaną, nakaże lalkarce stworzyć jej wierną kopię.

Przy Kokoschce rozterki sercowe Franza Kafki są jak westchnienia sztubaka do nauczycielki. Pisze do Felicji Bauer długie listy, ale na tym woli kończyć. Dystans między Berlinem a Pragą wtedy musiał być w miarę bezpieczny, bo dzięki niemu kochankowie nie widują się zbyt często, a i tak jedno spotkanie wystarczy, by doszło do katastrofy. W każdym razie oświadczyny Kafki są doskonałym przykładem na to, jak nie powinno się tego robić, ani sto lat temu, ani dziś.

W 1913 roku dzieje się wiele. Czasami nawet wrze – na przykład w relacji Jung i Freud. Carl Gustav dokonuje  symbolicznego ojcobójstwa na własnym mentorze i ojcu psychoanalizy. Ich drogi się rozchodzą, ale panowie boją się spotkania, do którego musi dojść we wrześniu na kongresie psychoanalityków. Sama świadomość konfrontacji doprowadza do depresji Zygmunta Freuda, z której musi leczy się w sanatorium – z mizernym skutkiem.

Niektórzy wielcy zostawiają po sobie sporo wiadomości. Choćby Robert Musil, autor ?Człowieka bez właściwości?: „w osobistej książeczce notuje każdziusieńkiego papierosa, którego wypali; jeśli przespał się z żoną, stawia w dzienniku ?C?, co oznacza coitus. Ordnung muss sein?. Oprócz tego robi przysiady, podnosi ciężary – pełna samodyscyplina.

Florian Illies dokonuje w „1913. Rok przed burzą” subiektywnego wyboru wydarzeń, które pokazują, jak wyglądał świat przed wybuchem pierwszej wojny. Prawie nikomu nie przychodzi do głowy, że ta rzeczywistość powoli dobiega kresu. Tylko Oswaldowi Spenglerowi, 33-letni mizantropowi i byłemu nauczycielowi matematyki, który właśnie pracuje nad „Zmierzchem Zachodu”, przychodzi to do głowy. Nikt jednak na razie nie słucha jego głosu. Za to Stalin i Hitler mogą się ze sobą mijać w parku  w Monachium, bo ponoć lubią w nim spacerować. Przyszły Führer sprzedaje widoczki, a mieszka w noclegowni dla mężczyzn i miga się przed powołaniem do wojska. oprócz tego przez dwanaście miesięcy będziemy w napięciu poszukiwali Mona Lisy skradzionej z Luwru. Ale czy się odnajdzie?

Autor książki tworzy portret roku, który kończy starą erę, rok później zacznie się współczesność. Póki co wszystko kwitnie i rozwój zdaje się nie mieć kresu. Władcy europejscy wciąż są jedną wielką rodziną i nic nie wskazuje, że za chwilę będzie inaczej. Florian Illies by napisać taką książkę musiał prześledzić mnóstwo źródeł – zresztą wystarczy zerknąć na bibliografię zamieszczoną na końcu książki. Jednak wiele kwestii wciąż jest kwestią domysłów. Autor często stara się odgadywać myśli bohaterów, oprócz tego ubarwia wszystko ironią i sporą dawką humoru.

Narracja jest prowadzona w sposób interesujący, dobór zdarzeń też nie budzi zastrzeżeń. Szczególną uwagę podczas podróży po 1913 roku zwracałam na twórców literatury – oni mnie bardzo intrygowali, ale okazało się, że inni artyści również byli aktywni, bo w tym czasie powstało sporo ważnych dzieł sztuki. Florian Illies stworzył w swej książce niezwykle ciekawy obraz epoki. Choć dawno już odeszła, autor pokazuje jaka była interesująca, dzięki temu, że pisze w sposób niepodręcznikowy nie skupiając się na wydarzeniach politycznych, a ukazując życie niezwyczajnych ludzi.

Dziękuję Czarnej Owcy za książkę.

„Sieroce pociągi” – Christina Baker Kline

Sieroce pociągiDzisiaj premierowo o książce „Sieroce pociągi” amerykańskiej autorki Christiny Baker Kline. Opowieść jest fikcyjna, ale przybliża czytelnikom mało znany epizod z historii Stanów Zjednoczonych, dotyczący przewożenia sierot ze wschodniego wybrzeża na Srodkowy Zachód.  „Sieroce pociągi” kursowały w latach 1854-1929 i dzięki nim aż dwieście tysięcy dzieci zmieniło miejsce zamieszkania.

Christina Baker Kline w „Sierocych pociągach” przeplata z sobą dwie historie. Jedna dotyczy Niamh, której rodzina przeniosła się w poszukiwaniu lepszego losu z Irlandii do Stanów Zjednoczonych. Jednak na skutek tragicznych wydarzeń dziewczynka traci swoich bliskich. Choć do tej pory niewiele dobrego spotkało ją w życiu, pożar domu w Nowym Jorku sprawia, że mimo zaledwie dziewięciu lat, musi stać się dorosła.

Trafia do sierocego pociągu, ale jako że jest ruda i dosyć duża, ma nikłe szanse na to, by zostać przyjętą do jakiejś rodziny. Kiedy jej się wreszcie udaje, okazuje się, że jest traktowana jak tania siła robocza. Mimo tego, że opiekunowie mieli zapewnić dziwczynce edukację, nie robią tego. Niamh, której zmieniono imię na Dorothy, szyje ubrania, śpi na korytarzu. Gospodyni w obawie, by dziewczynka za dużo nie jadła, zamyka lodówkę na kłódkę. Kiedy przychodzi Wielki Kryzys i krach na giełdzie, Dorothy zostaje niezwłocznie odesłana. Trafia z deszczu pod rynnę. Dopiero za trzecim razem odnajduje dom.

Drugi wątek tej historii jest osadzony w czasach nam współczesnych. Siedemnatoletnia Molly Ayer jest zbuntowaną nastolatką i nie może się odnaleźć w kolejnych rodzinach zastępczych do których trafia. Popada w kłopoty, kiedy próbuje ukraść książkę z biblioteki. Grozi jej poprawczak, ale może wybrać pracę społeczną. Dziewczyna wybiera drugą opcję – dzięki matce kolegi, trafia do domu Vivien, której ma pomóc uporządkować strych.

Podczas rozmów z dziewięćdziesięciojednoletnią staruszką, Molly poznaje historię Vivien. Starsza pani za sprawą pamiątek ze strychu przypomina sobie swoje bolesne dzieciństwo i opowiada o nim Molly. Dziewczyna podczas tych wielogodzinnych rozmów poznaje los dzieci z „sierocych pociągów”. Okazuje się, że Vivien to Niamh. Staruszka i Molly zbliżają się do siebie, bo wiele je łączy.

Dzięki „Sierocym pociągom” poznajemy mało znany fragment historii Stanów Zjednoczonych. Nie jest to wygodna prawda historyczna. Akcja humanitarna zorganizowana przez Children Aid Society miała pomóc dzieciom głodującym na zachodnim wybrzeżu. Ich rodzice przybyli do USA w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Nie zawsze to się udawało. Sieroty czekał kiepski los, zwłaszcza w okresie kryzysu. Pociągi miały przewieźć dzieci tam, gdzie było dużo farm, aby nie groził im głód.

Nie istniała opieka społeczna, a sieroty potrzebowały domu. Dzieci, które trafiały do sierocych pociągów nie wiedziały jaki spotka je los. A bardzo często owa adopcja bardziej przypominała targ niewolników. Największym powodzeniem cieszyły się niemowlęta. Potem chłopcy, zaglądano im w zęby, jak koniom, by ocenić stan zdrowia. Nie było miejsca na sentymenty, nastoletni chłopacy mieli ciężko pracować na farmach.

Jak bolesne były doświadczenia tych dzieci świadczy fakt, że już jako dorośli nie chcieli o tym wspominać. Może właśnie z tego powodu ta część historii jest tak mało znana? Choć z drugiej strony również państwo nie miało się czym chwalić, więc nie wspominano za często o „sierocych pociągach”, a z biegiem czasu pamięć o nich się zatarła.

Książka Christyny Baker Kline dzięki przeplataniu wątków współczesnych i historycznych trzyma czytelnika w napięciu. Jednak obie opowieści są równie ciekawe. Okazuje się, że współczesne sieroty nie zawsze spotyka coś dobrego. Zastanawiają też absurdy amerykańskiego prawa – za próbę kradzieży podniszczonej książki Molly grozi poprawczak. Na szczęście dziewczyna może odbyć pracę społeczną. Dzięki poznaniu Vivien nie będzie się czuła tak samotna. Zresztą podziała to w dwie strony.

„Sieroce pociągi” nie są słodką opowieścią, mowa w nich o trudnym i skomplikowanym dzieciństwie. Podczas lektury uświadamiamy sobie, że system, który ma pomagać sierotom, często jest bezduszny. Jego wady widzimy zarówno czytając o latach dwudziestych ubiegłego wieku, jak i o współczesnych. Autorka książki świetnie poradziła sobie z odkrywaniem przed czytelnikiem wrażliwości dwóch młodych kobiet, dzięki czemu powieść jest wiarygodna i przejmująca jednocześnie. Sporo w niej emocji. Można by zarzucić Kline, że historia Niamh jest zbyt tragiczna. Warto jednak wziąć pod uwagę, że autorka sporo zaczerpnęła z prawdziwych zdarzeń. Tym mocniej ta opowieść przemawia do czytelnika.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę.

Jak zostać dziewięcioletnim klasowym filozofem? „Bromba i filozofia” – Maciej Wojtyszko

Bromba i filozofiaZa sprawą książki Macieja Wojtyszko „Bromba i filozofia” moja córka postanowiła, że w przyszłości zostanie filozofką. Tak się złożyło, że kiedy czytaliśmy tę opowieść, wraz ze swoja klasą poszła do biblioteki gminnej na warsztaty filozoficzne. Wróciła zachwycona, bo wreszcie mogła dyskutować do woli… Jak to wyglądało od strony pani prowadzącej zajęcia, można sprawdzić tu.

„Bromba i filozofia” w 2004 roku została nagrodzona przez Polską Sekcję IBBY. Jednak nie do końca byłam pewna, czy książka dotrze do moich dzieci. Jak się okazało moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Maciej Wojtyszko napisał książkę, w której bohaterowie filozofują, ale w typowy dla siebie sposób, czyli z olbrzymim poczuciem humoru.

Już we wstępie autor wspomina, że książkę należy czytać niespiesznie, bo ma prowokować do rozmów. Właśnie na tym polega urok tej opowieści. W „Brombie i filozofii” pada mnóstwo pytań, jeszcze więcej odpowiedzi, ale najwięcej będzie tu tematów otwartych, nad którymi dzieciaki będą chciały się zastanowić.

Na szczęście bohaterowie książki mają mnóstwo cierpliwości. Bromba, Gluś, Fikander, Malwinka, Kajetan i Makawity, Psztymucel Nulek oraz bibliotekarz Puciek nie boją się nawet najtrudniejszych pytań. Podczas dyskusji pada wiele trudnych słów, jednak za każdym razem są one wyjaśniane. Natomiast Puciek każde takie spotkanie stara się podsumować pisząc szczegółowe notatki, podkreślając to co najważniejsze.

W tej historii nie otrzymujemy wykładu na temat historii filozofii. Dzieciaki nie dowiedzą się kim był Arystoteles, Platon, czy Sokrates. Za to wspomniani zostaną: Kierkegaard, Wittgenstein, Cassirer, czy Russel – ale tylko dlatego, że Bromba zauważyła, iż ci Wielcy Filozofowie mają dwie takie same literki w nazwisku. Wyjątek stanowi Kołakowski, który choć pisany przez jedno „ł”, też należy do tego grona…

Jak widać, Maciej Wojtyszko postarał się wzbogacić swoją książkę sporą dawką humoru. Bo czy filozofia musi być nudna i całkiem poważna? Nawet jeśli padają tak trudne słowa jak ponowoczesność, symulakra, subiektywizm, absurd, czy podmiot, to bohaterowie starają się w jak najprostszy sposób omawiać te jakże skomplikowane zagadnienia.

Atutem tej książki jest jej język. Autor bawi się słowem w rewelacyjny sposób. Wiersz Fikandra:

– Lecz dopóki jesteś z sobą
Lepiej ci niż bez ?
Ważną jesteś wszak osobą,
Gdyś w ogóle jest!

prowokuje do zadawania pytań o poezję, ale też do zastanowienia się nad tym, co oznacza owo „być” oraz jak bardzo ogranicza nas język.

„Bromba i filozofia” jest doskonałą książką do głośnego czytania dzieciom. Również dorośli mogą  wiele z niej wynieść, gdyż dyskutanci Bromby mają niezwykły dar mówienia w sposób jasny. Aż trudno uwierzyć, że można logikę połączyć z absurdalnym poczuciem humoru. Wojtyszce się to udało. Dzieciaki nie tylko uważnie słuchały kolejnych wywodów bohaterów, ale same też chciały rozmawiać. Autor w ten sposób osiągnął swój cel – sprowokował je do dyskusji. Pięknie wydana książka cieszy oko, podobnie sprawa ma się z ilustracjami. „Bromba i filozofia” przemówi już do dziewięciolatków, ale jest to pozycja, która może łączyć pokolenia, gdyż dorośli również będą się świetnie bawić podczas lektury tej książki.

„Brombę i filozofię” przeczytaliśmy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owieczka.

„Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodość” – Andreas Altmann

Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodosćAndreas Altmann nazywany jest mistrzem reportażu. Pisze książki podróżnicze, za które otrzymał nagrodę Egona Erwina Kirscha, uhonorowany został nagrodą literacką Seumego. W Polsce ten niemiecki autor raczej nie jest zbyt znany. Zetknęłam się z tym nazwiskiem za sprawą książki, po którą sięgnęłam. Trzeba przyznać, że jej tytuł brzmi bardzo intrygująco: „Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodość”, zwłaszcza w oryginale („Das Scheißleben meines Vaters, das Scheißleben meiner Mutter und meine eigene Scheißjugend”).

Książka opowiada o życiu osoby, która została ofiarą przemocy domowej. Andreas Altmann doświadczał jej z ręki ojca, ale ze strony matki również nie otrzymał żadnego wsparcia. Jak traumatyczne przeżycia wpłyną na dalsze losy głównego bohatera? Kim się stanie jako dorosły?

Ojciec autora książki był SS-manem, który przeżył wojnę, mimo że walczył na froncie wschodnim. Te doświadczenia pozostawiły w nim trwały ślad. Kiedy powrócił do domu, stał się tyranem. Z zewnątrz nic nie wskazywało na to, co może się dziać w domu Altmannów. Przecież żyjący w Bawarii katolik, król różańcowy, utrzymujący się z produkcji dewocjonaliów, nie mógł być złym ojcem. Pozory jednak myliły. Altötting, miejsce do którego podążali pielgrzymi, stało się dla Andreasa źródłem nieszczęść, bo właśnie tam doznał tak wielu krzywd. W tym miejscu warto przypomnieć sobie „Rozmowy z katem” Kazimierza Moczarskiego. Młodość Jürgena Stroopa, późniejszego likwidatora getta warszawskiego, przebiegała w podobnym miejscu.

Najpierw matka, kiedy dowiedziała się, że urodziła trzeciego syna, postanowiła udusić go poduszką. Miała dość tego, że na świat przychodzą kolejni chłopcy, czyli potencjalne źródła przemocy w przyszłości. Przez kilka lat Andreas nie doznaje krzywd ze strony ojca. Niemal wyparł go ze swojej pamięci. Kiedy jednak uświadomi sobie jego istnienie, nie będzie potrafił przytoczyć o Franzu Xawierze Altmannie żadnych dobrych opowieści.

Bijący dzieci do nieprzytomności, zmuszający ich do ciężkiej pracy fizycznej w rodzinnej firmie, głodzący własne pociechy, dla Andreasa staje się kimś, w kim widzi jedynie kata. Czuje do ojca tylko jedno – czystą nienawiść. Brak wsparcia ze strony słabej matki, będzie kolejnym źródłem upokorzeń i cierpień. Dla głównego bohatera tej opowieści pozostanie atawistyczna walka o przetrwanie, człowieczeństwo nie ma racji bytu w domu Altmannów.

Po latach Andreas uwolni się od ojca, ale trudno mu będzie odnaleźć się w życiu. Kiedy zacznie się uczyć w szkole z internatem, brak przemocy doprowadzi go do depresji. Jak odnaleźć dla siebie drogę życiową, jeśli nigdy nie otrzymało się od bliskich choćby jednego słowa wsparcia? Czy możliwe jest prowadzenie szczęśliwego życia i związania się z kimś? Zaufania drugiej osobie, na tyle by stworzyć relację opartą na miłości?

Autobiografia zaskakuje stylem, w jakim Andreas Altmann opisuje swoje doświadczenia z dzieciństwa. Autor pisząc o niewyobrażalnym cierpieniu, aktach przemocy ze strony ojca, posługuje się niemal zimnymi obrazami, wyzutymi z emocji. Kreśli te obrazy z chirurgiczną precyzją, nie pomija niczego. Zostajemy świadkami katowania dzieci Altmannów, by niemal poczuć cierpienia na własnej skórze. Dzięki temu doskonale rozumiemy autora. Akceptujemy to, kim się stał. Choćby jego ateistyczne poglądy. Andreas Altmann na pewnym etapie życia zrozumiał, że jego ojciec jest hipokrytą. A nie chcąc być takim jak on, całkowicie odrzucił religię, bo była dla niego źródłem zła. Bohater odciął się od wszystkiego, co kojarzyło mu się z Franzem Xawierem.

Książka pokazuje, jak bardzo dzieci potrzebują wsparcia i uczuć ze strony rodziców. Jeśli tego zabraknie, trudno im będzie prowadzić życie pewnych siebie osób. Brak miłości powodował u Altmanna sporo zaburzeń, choćby potrzebę autodestrukcji – byle tylko ktoś go zauważył. Aby napisać taką szczerą książkę potrzeba naprawdę sporo odwagi. Z jednej strony przecież odkrywamy całą rodzinę, ale też obnażamy siebie, odsłaniając własne słabości. Czy jednak Andreas wybaczył swojemu ojcu? Z pewnością nauczył się mu współczuć. Franzowi się nie udało w życiu, gdyż na świat przyszedł w najgorszym możliwym momencie. Jego synowi się udało osiągnąć cel – został reporterem. Przeszłość będzie jednak mu wciąż towarzyszyła. Książka pozwala autorowi uporać się z przeszłością, nas – czytelników – natomiast porusza.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za autobiografię.