Recenzja książki: „Jej wszystkie życia”, Kate Atkinson

Jej wszystkie życiaZa „Jej wszystkie życia” Kate Atkinson otrzymała Costa Novel Award. Do tej pory autorka wydała już osiem powieści, ale ja po raz pierwszy miałam do czynienia z jej twórczością. Zaskoczyło mnie, że Atkinson jest tak popularna w Anglii. Dlatego chciałam się przyjrzeć temu bestsellerowi, żeby zobaczyć dlaczego zbiera tak pozytywne recenzje i opinie.

W powieści „Jej wszystkie życia” najważniejsza jest jedna data – 11 lutego 1910 roku, bo wtedy rodzi się główna bohaterka tej historii, Ursula Todd. Rodzi się, aby za chwilę umrzeć, a przynajmniej zapaść w ciemność. Tak zakończyłaby się najkrótsza książka świata, ale w „Jej wszystkich życiach” mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Otóż, główna postać ma możliwość przeżycia wielu opcji swojego losu. Wszystko zależy od tego, jakiego dokona wyboru ona sama, albo ludzie z którymi się zetknie.

Akcja powieści (a może akcje?) rozgrywa się w najtrudniejszych dla Europy latach dwudziestego wieku. Główna bohaterka będzie miała do czynienia z dwiema wojnami, ale pierwszą przeżyje nieświadomie. Za to jej ojciec weźmie udział w Wielkiej Wojnie, więc i ona wywrze ogromny wpływ na całą rodzinę. Atkinson opisuje przede wszystkim Anglię i Anglików, ale zawędrujemy również do innych zakątków starego kontynentu.

Ursula dokona swoich kolejnych wyborów życiowych, najpierw w sposób nieświadomy. Im będzie starsza, tym bardziej nabierze pewności, że pewne elementy tej układanki, jaką jest jej życie, miały już miejsce. Nie jest to jednak typowe uczucie déja vu. Z każdą kolejną egzystencją będzie starała się wyłapywać te najbardziej istotne elementy, wpływające na jej los. Okaże się jednak, że to jak decyduje główna bohaterka ma również istotny wpływ na innych. Na czym więc się skupić: własnej wygodzie, czy dobru innych?

Uważam, że pomysł na fabułę jest świetny, ponieważ daje czytelnikowi niesamowitą możliwość wyboru. Każdy z nas może z fragmentów, które tworzy autorka, wybrać taką wersję, jaka akurat mu odpowiada. Losy głównej bohaterki poznajemy co jakiś czas na nowo, a jedynym pewnym punktem są narodziny Ursuli.

Atkinson pełni rolę boga, bo przecież główni bohaterowie są marionetkami w jej rękach. Autorka pozwala sobie na niezwykłą możliwość próbowania, kreowania wydarzeń od nowa i wielokrotnie. Ograniczyć może ją jedynie wyobraźnia. Coś o czym marzy historyk, któremu nie wolno mówić: „Co by było, gdyby Hitler został zabity, zanim zaatakował Polskę?”, na to brytyjska pisarka może sobie pozwolić. I robi to bez żadnych przeszkód. Na dodatek pisze świetnie, a my otrzymujemy powieść uniwersalną – bo niekończącą się. Kate Atkinson właściwie mogłaby poprzestać na tym tytule i do końca życia tworzyć kolejne wersje opowieści o Ursuli i jej rodzinie.

Oczywiście pisarka zna granice, więc dała czytelnikowi taką powieść, która go nie znuży, ale pozostawi pewien niedosyt. Bo przecież chciałoby się pomnożyć jeszcze kilka wersji losów głównej bohaterki, choć otrzymaliśmy ponad 560 stron. Najważniejsze dla mnie było w tej książce to, że nie pozwala ona o sobie zapomnieć, a jeszcze długo po zamknięciu powieści jej fabuła tkwi głęboko w umyśle. Rodzą się też kolejne pytania, ale natury filozoficzno-egzystencjalnej. Odpowiedzi musimy jednak dać sobie sami. „Jej wszystkie życia” zapewnia więc przyjemność wieloraką: od czystej radości czytania i zagłębiania się w lekturze, po głębsze przemyślenie o ludzkiej naturze i losie.

W „Jej wszystkich życiach” Atkinson w interesujący sposób oddała realia pierwszej połowy dwudziestego wieku. Świetnie osadziła historię w miejscu i czasie, a następnie w wiarygodny sposób opisała. Poznajemy angielską mentalność, kolejne dobrze rozrysowane charaktery. Olbrzymim plusem tej książki są ciekawe nawiązania literackie. Bohaterowie często cytują znanych angielskich poetów, dramatopisarzy. Takie ciche marzenie miłośnika literatury, by chociaż czasami ktoś potrafił posłużyć się jakimś zdaniem z klasyki.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę.

Recenzja książki: „Oszustki” Kerstin Ekman

OszustkiKerstin Ekman jest szwedzką pisarką, której powieści cieszą się powodzeniem, do tego stopnia, że każda jej nowa powieść staje się ważnym wydarzeniem. Czarna Owca choć przede wszystkim specjalizuje się w wydawaniu szwedzkich kryminałów, obserwując tamten rynek, zauważyła również pozytywne recenzje książek Ekman. Myślę, że warto się przyjrzeć tej pisarce. Zaskoczyła mnie choćby informacja, że Kerstin Ekman od 1989 roku nie bierze udziału w spotkaniach Akademii Szwedzkiej. Był to wyraz jej buntu, na brak reakcji członków Akademii, na  fatwę wydaną przez Chomeiniego na Rushdiego.

Powieść „Oszustki” opowiada o pisarce Lillemor Troj, która pewnego dnia dowiaduje się od wydawcy, że przejął od konkurencji jej najnowszy rękopis – autobiografię. Problem polega na tym, że nie ona napisała tę książkę. Lillemor Troj siada więc do maszynopisu, a podczas czytania, zaczyna zdawać sobie sprawę, że jej życie znalazło się na skraju przepaści. W autobiografii pojawia się inna osoba, kobieta, od której pisarka uzależniła swoją działalność twórczą.

Lillemor Troj nie pisze swoich powieści sama. Od lat pięćdziesiątych tworzy je razem z kobietą, która postanowiła, że nie ma zamiaru odkrywać swej tożsamości. Babba nie ma odpowiedniego wyglądu, nie należy do klasy wyższej, ani średniej. Mimo talentu pisarskiego, chce być anonimowa. Jak pogodzić obie sprzeczne potrzeby? Pisanie i niechęć do bycia sławną? Pomocna okaże się Lillemor Troj. Obie kobiety potrzebne siebie nawzajem. Ich powieści są świetne, ponieważ Lillemor i Babba świetnie się uzupełniają. Jednak nie stają się przyjaciółkami, a ich zależność zaczyna być niebezpieczna. Budują swoją współpracę na kłamstwie. Niemal nikomu nie zdradzają tej tajemnicy.

Powieść „Oszustki” została napisana w taki sposób, by czytelnik mógł śledzić treść maszynopisu razem z Lillemor Troj. Kiedy kończy się jeden rozdział książki Babby, Lillemor dodaje swoje spostrzeżenia i myśli – zastanawia, jak było naprawdę. Tak niewiele obie o sobie wiedziały. Ich spotykanie się było możliwe tylko po to, by pisać kolejną książkę. Między kobietami narodziła się pewna niezdrowa zależność. Z drugiej strony rozerwanie tego układu nie było możliwe. Wszystkie próby tego typu, kończyły się niepowodzeniem. W końcu jemioła oderwana od drzewa musi umrzeć. Czytelnik zadaje sobie ciągle pytanie, kto w związku Babby i Lillemor jest pasożytem? Odpowiedź okazuje jest taka prosta.

Kerstin Ekman w swej powieści opisuje życie dwóch kobiet od ich młodości, aż do starości. Przy okazji mamy możliwość obejrzenia przemian, jakie zachodziły w Szwecji od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, aż do dziś. Zmiany obyczajowe, społeczne, polityczne również mają wpływ na bohaterki tej książki. Ekman dokonuje w „Oszustkach” krytyki szwedzkiej elity. Obrywa się przede wszystkim pisarzom, wydawcom, światu kultury, za oderwanie od rzeczywistości. Nikomu nie przychodzi do głowy, by zmienić swoje skostniałe poglądy na świat. Znacznie łatwiejsze okazuje się kłamstwo.

Za sprawą Lillemor Troj i Barbro Anderson, następuje zderzenie dwóch światów. Dzięki zależności tych dwóch kobiet, możemy się przyjrzeć dokładniej różnym szwedzkim grupom społecznym. Przyglądamy się jak zmieniało się społeczeństwo przez około pięćdziesiąt lat. Wnioski, jakie nasuwają się podczas lektury są niezwykle aktualne. Podczas czytania „Oszustek” przyglądamy się relacjom międzyludzkim. Kerstin Ekman pokazuje, jak często człowiek jest samotny w grupie. A swoje kontakty z innymi buduje opierając je na kłamstwie. Z jednej strony bohaterowie kreują obraz siebie na pokaz, taki by był wygodny do przełknięcia dla reszty, a potem się okazuje, jak trudno z tym żyć.

Książka Kirsten Ekman jest powieścią obyczajowo-psychologiczną. Nie ma tu szybkiej akcji, a opisy przeżyć i emocje bohaterów. Pisarka w krytyczny sposób odnosi się do życia literackiego. Podejmuje temat prawdy i kłamstwa. Autorka uzmysławia czytelnikom ważny problem: jak pogodzić dwie kwestie – chęć dostosowania się jednostki do wspólnoty z jednoczesną potrzebą zachowania swojej indywidualności. Gdzieś pośrodku czai się kłamstwo…

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca.

Lekcja patriotyzmu dla najmłodszych: „A ja jestem Polak mały” – Eliza Piotrowska

A ja jestem Polak małyJak dziś uczyć patriotyzmu? Kiedyś było łatwiej. Wystarczyło rzucić hasło: Bóg, honor, ojczyzna i sprawa załatwiona. Bo jak być patriotą, kiedy nie trzeba umierać za ojczyznę? Dulce et decorum, est pro patria mori mówili starożytni. Kiedy chodziłam do liceum z tą sentencją spotykałam się codziennie. Na szczęście współcześni, póki co, nie muszą aż tak bardzo się poświęcać. Jednak uważam, że nie należy pomijać tego tematu w rozmowach z dziećmi. Zresztą już najmłodsi chcą wiedziec, kim są. Zaczynają od imienia, nazwiska, następnie dochodzi tożsamość miejsca. Najpierw ważna staje się rodzinna miejscowość, potem – na końcu, dociera do kilkulatka nazwa kraju, w którym rośnie, lub z którego pochodzi.

Eliza Piotrowska w książce: „A ja jestem Polak mały. Moim krajem jest świat cały” opowiada dzieciom o tym, czym jest ojczyzna. Posługuje się prostym językiem i ilustracjami, które wyjaśniają najważniejsze kwestie. Głównym bohaterem książki jest Krzyś, przedstawiony jako niemowlak. On dowiaduje się, co znaczy być patriotą. Piotrowska uczy, że warto być ciekawym świata i poznawać go. Nie ogranicza się do naszego kraju, ponieważ Polska jest częścią Europy, a potem świata.A ja jestem Polak mały

Autorka jest jednocześnie ilustratorką książeczki. Co ciekawe, można się zasugerować, oglądając ilustracje, że informacje przedstawione w tej książce przeznaczone są dla trzylatków. Nic bardziej mylnego. Otóż, jeśli spojrzycie na program nauczania, okaże się, że to o czym mowa w książce, powinno być znane czwartoklasistom. W praktyce niestety nie jest tak cudownie. Mnóstwo dziesięciolatków nie potrafi powiedzieć na jakim kontynencie mieszkają, a znaleźć Polskę na mapie świata stanowi dla wielu niewyobrażalny kłopot. Dlatego warto już najmłodsze pociechy uświadamiać, kim są, gdzie żyją. Książeczkę kończy zdanie: „Polskę tworzymy my sami. Od nas zależy jaka będzie”. Miło byłoby się tego trzymać.

„A ja jestem Polak mały” Elizy Piotrowskiej spodobała się moim dzieciom. Na początku kręciły nosem, że to pewnie taka opowieść dla maluszków, a one już są przecież takie duże. Potem jednak zaczęły zadawać mnóstwo pytań. Wiadomo – czasami jedno zdanie potrafi zasugerować temat do dyskusji. Na szczęście spodobała im się lekcja współczesnego patriotyzmu. Starsza, ośmioletnia córka, miała już świadomość istnienia „Mazurka Dąbrowskiego”; sześciolatek potrafił opisać godło i flagę. Jednak najbardziej cieszy mnie to, że w takich książeczkach dzieciaku uczą się tolerancji. Bo patriotyzm przecież tego nie wyklucza. Dzięki obrazkom młodsi czytelnicy mogą często wracać do książeczki i przypominać o czym jest ta opowieść. Dla starszych będzie to nauka bez nachalnego dydaktyzmu. Książkę łatwo się czyta, bo zastosowano duże litery oraz wzbogacono ją ogromem ilustracji. A przy okazji, rodzi się w dzieciakach świadomość tego, kim są.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owieczka za książeczkę.

[bubble] – Anders de la Motte

bubbleKsiążka Andersa de la Motte – byłego oficera policji, szefa bezpieczeństwa wielkiej firmy IT, jak łatwo się domyślić, nie będzie dotyczyła wędkowania, czy szydełkowania… Zresztą, kto przeczytał [geim], czy [buzz], wie o czym mówię. Poprzednie książki były thrillerami sensacyjnymi. W przypadku [bubble] nic się nie zmieniło, prócz jeszcze szybszej akcji. Wiele wyjaśnia fakt, że trylogia została wydana w Czarnej Serii przez Czarną Owcę.

Główny bohater thrillera – Henrik Petterson – uwikłał się w pewną niebezpieczną zabawę. Nosiła ona nazwę Gra i była czymś, co wprowadziło w życie młodego mężczyzny sporo adrenaliny. Im głębiej HP wchodził w tę rzeczywistość, tym bardziej robiło się niebezpiecznie i emocjonująco. Po przekroczeniu pewnej granicy, Henrik ukrywa się. Boi się i stróżów prawa i samego Przywódcy – kierującego Grą. HP chroni się w mieszkaniu – przez wiele dni z niego nie wychodzi. Żyje jak szczur w tunelu. Z nikim się nie kontaktuje, nie korzysta z dobrodziejstw współczesnej cywilizacji, czyli internetu. A to boli.

Oprócz Henrika, drugą ważną postacią jest jego siostra Rebecca. W poprzednich częściach nie bardzo była w stanie uwierzyć w opowieści brata, na temat Gry. Kiedy jednak w jej życiu dochodzi do zmian, będzie musiała się zastanowić. Pewnego dnia otrzymuje list, w którym mowa jest o skrytce bankowej. Zdziwiona Rebecca dowiaduje się jednak, że należała ona do jej ojca, a nie brata, jak początkowo sądziła. Zawartość skrytki spowoduje, że postara się odkryć prawdę. Musi jednak tego dokonać na swój sposób. Okaże się, że nawet jej ojciec nie był tym, za kogo się podawał. I komu wierzyć? Henrikowi, policji, przyjacielowi rodziny? Czym jest właściwie Gra i gdzie sięgają jej macki?

W książce [bubble] mowa o teoriach spiskowych. Ucieczki, pościgi, wybuchy – tego nie zabraknie. Dlatego książkę czyta się niezwykle szybko. Jej akcja wciąga, ale też autor wodzi czytelnika za nos, nie zdradzając mu do ostatnich stron rozwiązań zagadek. Anders de la Motte pokazuje dokąd zmierza nasza rzeczywistość i jak współczesne technologie można obrócić przeciwko nam. Przecież nie jest tajemnicą, że dzięki sieci wiadomo o nas wszystko. Nic się nie ukryje. A jeśli koś zechce obrócić ją przeciwko nam… Kolejna teoria spiskowa gotowa.

W [bubble] dominuje przede wszystkim pędząca na łeb, na szyję akcja. W poprzednich tomach można było odnieść wrażenie, że wszystko stopniowo się układa. Tu znajdujemy się w bańce (tytułowej bubble), która w każdej chwili może pęknąć. Jak będzie prawdziwa rzeczywistość? Intryga goni intrygę, a my do końca nie jesteśmy pewni, co jest ułudą, a co prawdą. Wprawdzie w tym tomie autor mniej się skupiał na tworzeniu portretów psychologicznych bohaterów, można jednak uznać, że są to nasi starzy kumple. Najwięcej dowiedzieliśmy się o nich z pierwszego i drugiego tomu serii. Rebecca i Henrik w ostatniej części i tak nas zaskoczą.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Czarna Owca.

Trudne czasy, skomplikowane losy „Niewidzialny most” – Julie Orringer

Niewidzialny mostCzarna Owca jakiś czas temu wydała książkę Julii Orringer, pt. „Niewidzialny most”, inicjując nową Szmaragdową Serię, w której mowa będzie o dziejach rodzin w trudnych czasach. Intryguje już ilość stron – ponad 750 oraz zapowiedź, że jest to wielowątkowa opowieść o bliskich, których losy połączą się w mrocznych czasach wojennej rzeczywistości…

Poznajemy głównego bohatera, który w 1937 roku udaje się na studia do Paryża. Andras Lévi jest Węgrem i Żydem jednocześnie. Rusza z Budapesztu z tajemniczym listem, który następnie zmieni jego los, kiedy pozna adresata. Zanim jednak do tego dojdzie, zazna życia studenta architektury z wszystkimi jego plusami oraz minusami.

Jako osoba biedna nie będzie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele przyjemności. Przejdzie trudną drogę, wciąż lękając się o swoją sytuację materialną. Jego stypendium zostanie cofnięte, ponieważ jest żydowskiego pochodzenia. Trudno też będzie mu znaleźć pracę i się w niej utrzymać.

Mimo tych wszystkich przeciwności losu znajduje przyjaciół i protektorów. Jego talent szybko zostanie zauważony. Pozna tajemniczą Klarę, starszą od siebie nauczycielkę baletu. Wbrew wszystkiemu i wszystkim połączy ich niezwykle silne uczucie. Jednak dopóki Andras nie pozna wszystkich sekretów ukochanej, będzie czuł się niepewnie, jakby stąpał po niezwykle cienkim lodzie.

I kiedy wyda się, że już wiele udało się bohaterom przejść, wybuchnie druga wojna światowa. Klara i Andras wrócą na Węgry. A tam zacznie się rozwijać powoli piekło. Główny bohater zostanie wysłany na wschód, do brygady roboczej. Czy uda mu się przetrwać? Ma dla kogo żyć, ale czy miłość może być silniejsza, niż zło panoszące się na świecie?

Julia Orringer z wielkim rozmachem nakreśliła losy rodziny o żydowskim pochodzeniu. Andras i Klara gdziekolwiek by się nie znaleźli w Europie, musieliby walczyć o przetrwanie. Choć sytuacja Żydów węgierskich była nieco lepsza, niż choćby w Niemczech, czy na ziemiach polskich, mimo to widzimy, jak trudno było przetrwać te trudne czasy.

Dzięki „Niewidzialnemu mostowi” przeniosłam się do pięknego Paryża. Autorka świetnie oddała klimat mojego ulubionego miasta. Widzimy je oczyma przyszłego architekta, więc i forma ma tu wielkie znaczenie. Podziwiamy Paryż razem z Andrasem. Ale oczywiście, autorka nie zapomniała o tym, że koniec lat trzydziestych wcale nie był łatwy dla ludzi żydowskiego pochodzenia.

Ważnym motywem jest też miłość braterska. Braci Andrasa, Tibora i Mátyás łączy ważna więź. Choć każdy z nich jest inny, potrafią zawalczyć o siebie, są sobie oddani i zrobią wiele, by udało im się przetrwać. Obserwujemy ich dramaty, przeciwności, z którymi się muszą zmierzyć. Jednak, czy wyjdą z tego cali, czy zawsze będą się wspierać?

„Niewidzialny most” opowiada o tym, jak ważna jest nadzieja. Właśnie ona jest siłą, która trzyma bohaterów przy życiu, mimo złu, które się panoszy. W momencie, kiedy gaśnie, pozwala dojść do głosu śmierci. Andras i Klara mają miłość, ale inne wymienione postacie w tej książce również kochają. Kiedy jednak przestają wierzyć i mieć nadzieję, tracą wszystko.

Książka Julie Orringer przypomina trylogię Paulliny Simons. Wiele jest tu punktów wspólnych – zwłaszcza opisy zawieruchy wojennej. Z tym, że Tatiana i Aleksander – bohaterowie powieści Simons – pochodzą ze Związku Radzieckiego i nie są Żydami. Mimo to przechodzą podobne piekło jak rodzina Lévi z „Niewidzialnego mostu”. Motyw drugiej wojny światowej został u obu pisarek pokazany w przekonujący sposób i z równie wielkim, epickim rozmachem.

Miłośników „Jeźdźca Miedzianego” nie trzeba będzie zbyt długo namawiać do sięgnięcia po powieść Julie Orringer. Główny bohater książki Orringer – Andras – tworzy dzięki swojej historii most, który może połączyć oddalone od siebie brzegi. Ważne, byśmy tam trafili i dali się wciągnąć w tę fabułę, a mimowolnie staniemy się świadkami nie tylko wielkiej miłości, ale i tragicznych czasów oraz losów. Ludzi, których historie były tragiczne, a jednocześnie często anonimowe. Dzięki Julie Orringer uświadamiamy sobie, jak trudno było przeżyć w tak mrocznych czasach.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę.

Jerzy Kosiński – Jerome Charyn

Jerzy Kosiński - J. CharynAutor „Malowanego ptaka” stworzył wokół swojej postaci aurę tajemniczości. Był wielkim mistyfikatorem, którego podziwiało wielu, a jeszcze więcej nienawidziło. Jako jeden z nielicznych Polaków zrobił karierę w Stanach Zjednoczonych. Jego najsłynniejsze dzieła powstały w języku angielskim. Gdyby Kosiński żył, miałby dziś osiemdziesiąt lat. W 1991 roku zażył śmiertelną dawkę barbituranów i nakłożył na głowę plastikowy worek. Wybrał trochę dłuższy sen, zwany wiecznością.

Jerome Charyn w swej powieści „Jerzy Kosiński” kreśli historię tej niezwykłej osoby. Tyle, że nie otrzymujemy typowej biografii, nic z tych rzeczy. Celowo użyłam słowa powieść, gdyż mamy do czynienia z biografią zbeletryzowaną. Jeśli ktoś nie zna Kosińskiego, uzna, że Jerome Charyn napisał książkę zawierającą jedynie fikcję literacką, choć przywołującą parę znanych postaci historycznych z drugiej połowy XX wieku.

Opowieść nie jest chronologiczna. Kosiński opisywany jest przez kilka postaci. Dało to J. Charynowi pewną szansę na przyjrzenie się autorowi „Malowanego ptaka”, przez pryzmat tego, jak był postrzegany przez bliskie mu osoby, ale też i te trochę dalsze.

Zaczynamy od ekranizacji powieści „Wystarczy być”. Książka, która stała się bardzo głośna, również za sprawą oskarżeń o plagiat. Porównywano ją przecież do „Kariery NIkodema Dyzmy”. Asystent Peterea Sellersa, odtwórcy głównej roli, opowiada nie tylko o Kosińskim, ale też o jego książkach. W tym momencie pisarz jest na samym szczycie kariery. Nawet rodzina królewska zna Jerzego. A ten fascynuje, zwłaszcza dzięki niezwykłej umiejętności opowiadania. Nikt, nawet najbliżsi, nie potrafią odróżnić fikcji od prawdy.

Po jakimś czasie z salonów przenosimy się do klubów BDSM, gdzie spędzał czas Jerzy Kosiński. Cofamy się w czasie, do momentu, kiedy powstaje „Malowany ptak”. Poznajemy kilka przyjaciółek pisarza. Jedną z nich jest prostytutka, inna córką samego Stalina. Opowiadają o swej znajomości z człowiekiem urodzonym jako Józef Lewinkopf.

Ostatecznie przenosimy się do miejsca, w którym ukrywała się rodzina Kosińskiego podczas drugiej wojny światowej. Choć rodzinie w każdej chwili grozi zagłada, daleko tej historii do opowieści rodem z „Malowanego ptaka”.

Książka J. Charyna pokazuje jak barwną postacią był Jerzy Kosiński. Dzięki zbeletryzowanej biografii wkraczamy w świat autora „Randki w ciemno”, jedynie delikatnie przybliżając się do tej postaci i to z pewnego dystansu. Dając głos osobom trzecim, Jerome Charyn podkreśla, że nigdy nie udałoby się przeniknąć do wnętrza pisarza. Nie kusi się na taki zabieg. Jednocześnie, cofając się coraz bardziej w przeszłość, widzimy, co kształtowało Jerzego Kosińskiego. Jakie wydarzenia mogły mieć na niego największy wpływ. Tylko trudno określić, czy te historie mają jakieś odbicie w rzeczywistych wydarzeniach. Kosiński nam już tego nie powie. Zresztą gdyby żył i tak wodziłby nas za nos swoim bajaniem. A wszyscy słuchaliby jak zaczarowani. Właśnie na tym polega siła książki Jerome Charyna, że oddaje pewien styl, jakim raczył nas sam Kosiński.

Dziekuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę.