„Dwie obrączki. Opowieść o miłości i wojnie” – Millie Werber, Eve Keller

Dwie obrączkiTytuł może sugerować, że sięgnęłam po romans. Nic z tego – wystarczy przyjrzeć się bliżej okładce i podtytułowi, by domyślić się, że Millie Werber i Eve Keller w książce „Dwie obrączki” opowiedzą nam wprawdzie historię, w której miłość będzie bardzo ważna, ale jeszcze bardziej istotna stanie się opowieść o kobiecie, która przeżyła drugą wojnę światową, choć właściwie miała nikłe szanse, by tak się stało.

Millie Werber jest główną bohaterką tej opowieści, to ona snuje swoje wspomnienia. Urodziła się w Radomiu w rodzinie żydowskiej. Przed wojną jej matka utrzymywała się z krawiectwa. Ojciec przebywał głównie za granicą, więc wszystkie obowiązki spoczęły na barkach matki. Pani Werber nie narzekała na brak pracy, dziewczynka wręcz odnosiła wrażenie, że jej mama nie przestaje pracować. Uczyła też swoje dzieci, że konkretny fach pozwala być w życiu niezależnym. Choć mała Millie nie pragnęła takiego losu dla siebie, okazało się, że właśnie umiejętności praktyczne pomogły jej przeżyć

W 1941 roku, jako czternastoletnia dziewczyna musi zamieszkać w getcie. Żeby przeżyć, za radą dorosłych, podejmie pracę w niemieckiej fabryce amunicji. To właśnie wtedy w 1942 roku poznaje Heńka Grynszpana, żydowskiego policjanta. Mężczyzna jest znacznie od niej starszy, ale rodzi się między nimi wielkie uczucie. Heniek załatwia swej ukochanej trochę lepszą pracę – w kuchni. Oczywiście, nie jest to lekka praca, ale czasem można zjeść potajemnie upieczony kawałek ziemniaka i przebywać w ciepłym miejscu. Młodzi pobierają się, ale ich szczęście trwa kilka chwil – może parę miesięcy? Sama Millie dziś nie potrafi tego dokładnie określić.

Policjant zginął przez współbratymca, który go zdradził, by ocalić własną skórę, a może poprawić nieco swój los. Młodej, zaledwie nastoletniej wdowie, zostaje po tej wielkiej miłości zdjęcie i dwie obrączki. Choć rozpacz Millie była wielka, żyła, ale wielokrotnie spojrzała w twarz śmierci,. Na szczęście znalazło się kilka osób, które wbrew wszystkiemu, pomogły jej ocaleć. Przeżyła za sprawą Polaka, Niemca i Żyda. Zdradzić mógł nawet najbliższy, a tu Millie otrzymała pomoc bezinteresowną z rąk ludzi, którzy niekiedy nawet jej nie znały. W 1944 roku bohaterka znalazła się w Auschwitz. Zaznała niewyobrażalnych cierpień, przetrwać pozwolił jej niekiedy przypadek, innym razem bezinteresowna pomoc drugiego człowieka.

Trudno sobie dziś wyobrazić, ile musiała przejść Millie Werber, by ostatecznie znaleźć się w Stanach Zjednoczonych i wieść spokojne życie u boku drugiego męża, który również doświadczył koszmaru wojny. Jak się okaże, nawet po 1945 roku, bohaterom będzie bardzo trudno odnaleźć się w nowych realiach. Ich życie długo nie będzie usłane różami.

Historia Millie Weber pokazuje czytelnikowi nie tylko okrucieństwo wojny. Nawet przerażające opisy uzmysławiające, jak łatwo można było zginąć, nie są najistotniejsze. Ważne jest to, jak autorka wspomnień próbowała odnaleźć w najmroczniejszych czasach odrobinę światła. Miłość, jakiej doświadczyła była przecież niemożliwa do osiągnięcia. A jednak jej się udało znaleźć osobę, na którą przelała swoje uczucia. Czy można pozwolić sobie na szczęście w czasie wojny? Dzięki wspomnieniom Millie Werber widzimy, że właśnie miłość dawała bohaterom siłę do walki o przetrwanie. Udowadniała im też inną ważną rzecz – pokazywała, że wciąż są ludźmi zdolnymi do uczuć.

Autorka i bohaterka wspomnień po ponad sześćdziesięciu latach opowiada swoją historię. Choć wcześniej nie chciała mówić o wydarzeniach z czasu Zagłady, teraz znajduje w sobie tyle sił, by dać piękne świadectwo o tym, że warto wierzyć w drugiego człowieka. Bo chociaż w czasie Holocaustu wciąż stykała się ze śmiercią, to dzięki pomocy różnych osób przeżyła. Jej świadectwo jest ważne, gdyż pokazuje historię z perspektywy jednostki. Ilość ofiar przedstawiona w postaci cyfr nie wystarczy, by wyobrazić sobie tę apokalipsę. Dopiero, kiedy przyjrzymy się takim pojedynczym wspomnieniom i zobaczymy, jak wyglądały losy ofiar, wtedy zostawią one w nas trwały ślad.

Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za możliwość przeczytania książki.

Göran Rosenberg – „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz”

Krótki przystanek w drodze z AuschwitzSzwedzki pisarz, Göran Rosenberg, w książce „Krótki przystanek w drodze z Auschwitz” postanowił opowiedzieć historię swojego ojca. Nie było to jednak proste zadanie, bowiem wymagało iście tytanicznej pracy. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co przeszedł Dawid Rozenberg w czasie drugiej wojny światowej, trzeba było oprzeć się na dokumentach, które naziści starali się w pewnym momencie pozbyć. Jednak rekonstrukcja suchych faktów i wydarzeń nie zawsze pomogą zrozumieć, co działo się w psychice osoby, która była skazana na śmierć za samo pochodzenie.

Dawid Rozenberg był łódzkim Żydem. Znalazł się w getcie, a później w ostatnim transporcie trafił do Auschwitz. Wszystko, czego doświadczył w czasie wojny, naznaczyło go na resztę życia. Ocalał. Jednak choć narodził się na nowo, musiał żyć ze świadomością, że innym się nie udało. Przeżył za sprawą kilku okoliczności. Czy pomógł przypadek, ślepy los, szczęście?

Jego syn urodził się już w Szwecji, miejscu, które miało być przystankiem w drodze ku lepszej przyszłości. Projekt Dawida polegał na tym, by w Szwecji, tym socjaldemokratycznym raju odbudować wszystko od nowa. Mężczyzna sprowadza do siebie ukochaną, rodzą się dzieci. Dla ich potomków język szwedzki ma być tym najważniejszym, choć w domu od czasu do czasu rodzice rozmawiają po polsku, czasem w jidysz. Chłopiec nie ma pojęcia, co dzieje się z jego ojcem. Pozornie wszystko wydaje się w porządku. A jednak mężczyzna nie potrafi ułożyć sobie życia w tym sielskim świecie. Miejsce, które dla syna jest arkadią, dla ojca stanowi być może przedsionek bram piekielnych. Dawid popełnia samobójstwo.

Göran po latach próbuje zrozumieć ojca. Odtwarza jego drogę do Auschwitz w sposób lakoniczny, ale niezwykle mocny. Wystarczy samo przytoczenie przemowy Chaima Rumkowskiego przewodniczącego Judenratu w łódzkim getcie, z którego płynie przesłanie, że w zamian za życie zdolnych do pracy trzeba oddać do transportów dzieci i starców. Kolejny etap podróży, to droga z Auschwitz do Szwecji. Państwa, które dzięki wojnie przeżyło boom gospodarczy. Po jej zakończeniu mieszkańcy chcieliby pomóc tym, którzy ocaleli, ale jednocześnie boją się obcych.

Rosenberg pisze o tych dychotomiach. Z jednej strony Szwedzi nie biorą udziału w wojnie i Zagładzie, ale jednocześnie budują sprzęt również dla nazistów, dzięki któremu się bogacą. Piszą w gazetach o Holocauście, ale nie przeszkadza im posługiwanie się antysemickimi stereotypami. Najłatwiej współczuć, ale kiedy to tylko możliwe, wysyłać Ocalonych gdzie indziej.

Dawid Rosenberg nie potrafi się odnaleźć w szwedzkim modelu społecznym. Pytanie brzmi: czy udałoby mu się znaleźć miejsce dla siebie gdzie indziej? Jego celem było przetrwanie piekła jakim było getto oraz Auschwitz. Kiedy mężczyźnie to się udało, zniknęło poczucie sensu. Bo jak odnaleźć się po tym wszystkim, co się przeżyło? Nie pomaga również brak zrozumienia ze strony tych, którzy woleliby nie pamiętać o Holocauście. Kiedy Dawid Rosenberg stara się o odszkodowanie od Niemców za trwały uszczerbek na zdrowiu, jego wnioski zostają odrzucone. Wszystkie plany mężczyzny rozpadają się, życie powoli traci sens. Ucieczką pozostaje samobójstwo.

Ojciec był niezwykle ważny dla Görana. Stracił go, kiedy miał dwanaście lat. Teraz, jako dojrzały mężczyzna pragnie odtworzyć jego trasę z Auschwitz, bo uważa że jest ważniejsza niż ta, którą odbył do tego piekła na ziemi. Pisze o Dawidzie w sposób empatyczny, niezwykle delikatnie, melancholijnie. Podróżuje nawet tą samą drogę, zdając sobie jednocześnie sprawę, że nigdy nie zdoła zrozumieć swojego ojca. Ma świadomość, jak trudno było żyć z pamięcią o Auschwitz. Bo dla tych, którzy Ocaleli, wszystko, co związane z pięknem już nie istniało. Piętno obozów nosili cały czas wewnątrz siebie, a to nie pomagało im żyć.

„Krótki przystanek z Auschwitz” jest książką trudną. Autor pisze o ojcu, by jak najwięcej ocalić. Pamięć o Zagładzie jest potrzebna, ale niewiele jesteśmy w stanie zrozumieć. Rosenberg wie, że te ułomki pamięci, które zostały po jego ojcu, to jedyne co ma. Dlatego stara się je utrwalić i oddać za pomocą niedoskonałych słów. Najgorsze byłoby zapomnienie. Po Auschwitz świat stał się inny, dlatego nie można zapomnieć. Trzeba ocalić choćby najmniejszą cząstkę. Ojciec zmarł przez cienie przeszłości, które dopadły go w spokojnym i bezpiecznym miejscu. W momencie, kiedy Dawid popełnił samobójstwo, jego syn traci swój bezpieczny arkadyjski świat. I Görana dopada cień Auschwitz.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Ida Fink – „Wiosna 1941”

Wiosna 1941Ida Fink ocalała z Zagłady. Była córką żydowskiego lekarza i nauczycielki. W 1942 roku razem z siostrą uciekła ze zbaraskiego getta i ukrywała się po aryjskiej stronie. Przeżyła, a po kilkudziesięciu latach zaczęła pisać, skupiając się na tematyce Holocaustu. Sięgnęłam po wydaną jakiś czas temu książkę tej autorki – „Wiosna 1941”. Jest to zbiór ponad dwudziestu krótkich opowiadań. Można również obejrzeć film Ubi Barasha pod tym samym tytułem, oparty na prozie Idy Fink.

Mam za sobą wiele książek poruszających tematykę Szoah. Wiele napisano, by ocalić pamięć tych, którzy zginęli tylko dlatego, że urodzili się Żydami. Jednak ta książka jest wyjątkowa. Autorka pisze bowiem w sposób niezwykle lakoniczny, a jednocześnie zarysowuje cały świat, pełen obrazów oraz emocji.

Gdybym miała się skupić na opisach przyrody, oszczędnych wprawdzie, ale jednocześnie niezwykle sugestywnych, uznałabym, że jest tak jak zawsze. Zmienna pogoda, wschodzące słońce, podobnie jak każdego innego dnia. Tyle, że dla niektórych będzie to ostatni deszcz, czy wschód słońca. Świat się nie zmienił, za to sytuacja niektórych ludzi – owszem. Następuje walka o przetrwanie, gra toczy się o najwyższą stawkę: o życie.

Sielski świat opisywany przez Idę Fink, co jakiś czas zostaje zaburzony. Choć to co mąci ten niezmienny rytm, dzieje się tylko przez chwilę, wytrąca nas z równowagi. Autorka pisze o życiu zwykłych ludzi, którzy zostają postawieni w sytuacji zagrożenia. Jedni szybko uświadamiają sobie, co należy robić. Inni przegrywają na samym początku. Natomiast czytelnik wciąż zadaje sobie pytanie, ile trzeba poświęcić, by przeżyć? Za jaką cenę?

W opowiadaniu „Zabawa w klucz” zdesperowani rodzice szkolą dziecko, by pytane odpowiadało, że jego ojciec nie żyje. Bo tylko tak mężczyzna może przetrwać, a przecież maluchy nie potrafią kłamać. Szkolenie przypomina tresurę, dziecko musi się nauczyć reagować na dźwięk dzwonka. Cała akcja kojarzy się czytelnikowi z poczynaniami Pawłowa, ale stawką jest życie ojca rodziny. Równie poruszająca jest historia opowiedziana w „Wiosennym poranku”. Aron, który chce ocalić swoją pięcioletnią córeczkę, każe jej się wybrać samej do kościoła. On z żoną udają się do transportu, nie mają się gdzie skryć, więc w ostatnim akcie pragną uratować córeczkę. Mają błędną nadzieję, że przed świątynią ludzie nie odważą się wydać kilkulatki.

Historie opowiedziane przez Idę Fink są niezwykle sugestywne. Dzięki opisom zwykłego życia, uświadamiamy sobie, że opisane sytuacje mogłyby się wydarzyć wszędzie i zawsze. Autorka nie zawsze precyzuje, kim są opisywani przez nią ludzie. Łatwo nam się jednaka domyślić o jakie czasy chodzi. Świetnie opisano stopniowanie zagrożenia, oswajanie się z tym, co właściwie nie jest możliwe do zaakceptowania.

Pierwsza zmiana w świecie następuje poprzez język. Bohaterowie inaczej zaczynają określać czas. Nie mówią, że dane wydarzenie miało miejsce w maju, tylko „po pierwszej akcji”. Bardzo znaczące, jak właśnie słowa oswajają zagrożenie. Zresztą nikt nie był lepszy w eufemizmach, niż naziści – bo jak się obawiać wyrażenia „obóz pracy”? Do kolejnych zamian ludzie przyzwyczajają się w zastraszającym tempie, dlatego nie buntują się, a tylko niektórzy pragną zmienić swój los.

Zbioru „Wiosna 1941” nie da się czytać bez emocji. Zaskakujące jest, jak wiele uczuć potrafiła oddać Ida Fink posługując się tak skondensowaną formą, jaką jest opowiadanie. Choć zaledwie szkicuje ona obrazy i sceny, poruszają one czytelnikiem do głębi. Towarzyszymy ofiarom w ich indywidualnych przeżyciach, poznając bliżej naturę człowieka. Bo choć mowa przede wszystkim o ofiarach nazizmu, jesteśmy przy nich, gdy kochają, cierpią, próbują przeżyć. Spotyka ich wszystko, co przeciętnych ludzi, tyle że w nieco innych niż zwykle okolicznościach…

„12 opowieści żydowskich” – Anka Grupińska

12 opowieści żydowskichAnka Grupińska zajmuje się historią i kultury żydowską. Jest pisarką, współautorką wystaw, zajmuje się historią mówioną. Stara się ocalić od zapomnienia te część historii, która choć wydarzyła się nie tak dawno, może ulec zapomnieniu. Ludzie z nią związani byli Polakami, tylko że wyznania mojżeszowego. Najpierw zajęli się nimi naziści. Po wojnie również nie mieli łatwo ci, którym udało się uniknąć Zagłady.

Miałam już do czynienia z książką tej autorki. „Ciągle po kole” to seria wywiadów z osobami, które wzięły udział w powstaniu w getcie warszawskim (między innymi z Markiem Edelmanem). „12 opowieści żydowskich” powstało na podstawie dwóch projektów historii mówionej. Spośród dwustu płyt z zapisanymi rozmowami i zdjęciami, Anka Grupińska wybrała dwanaście opowieści, mając świadomość tego, jak bardzo niepełny jest ów wybór.

Dla Anki Grupińskiej najbardziej istotny w opowieściach jest okres przedwojenny, ponieważ został on stracony na zawsze i niezapisany. W dwudziestoleciu międzywojennym Żydzi ci czuli się jeszcze bezpiecznie. Dlatego swobodnie mówią o tym okresie. Kiedy opowiadają o Zagładzie, zaczynają się namyślać. Najbardziej płytko poruszają się po czasach powojennych.

Dzięki historiom opowiedzianym przez Gizelę Fudem, Alfreda Borowicza, Lucynę i Bolesława Badianów, czy Annę Mass podróżujemy w przeszłość. Do czasów, które odeszły bezpowrotnie. Niestety, nawet opowiadający nie są w stanie sobie wszystkiego przypomnieć – ich pamięć jest wybiórcza, niepełna. A jednak daje pewien obraz. Bohaterowie książki Grupińskiej łączy jedynie to, że byli Żydami. Niektórzy z nich pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin, jeszcze inni byli biedni. Również do samej religii mieli  różny stosunek. Jednak jeśli nawet nazywali się niewierzącymi, w czasie drugiej wojny światowej nie miało to najmniejszego znaczenia. I tak na każdym kroku groziła im Zagłada.

Dzięki położeniu największego nacisku na czasy międzywojenne, mamy niezwykłą okazję stworzenia sobie pewnego obrazu. Widok jest niesamowity, bo niezwykle barwny. Opowieści łączy jednak moment Zagłady. Dopóki nie wybuchła wojna, ludzie ci mieli do czynienia z antysemityzmem, ale mimo to większość z nich czuła się Polakami. Do tego stopnia, że po wojnie postanowili zostać w Polsce.

Wybuch drugiej wojny światowej spowodował, że wiele rodzin uległo rozdzieleniu. Przez to bohaterowie niekiedy nie potrafią powiedzieć, gdzie zginęli ich najbliżsi. ?Cała moja rodzina zginęła. Wszyscy zginęli, znajomi, rodzina, wszystko? – tak mówi Anna Mass.Tym kilkunastu osobom opowiadającym o swoich losach się udało. Jedni z nich ocaleli na Wschodzie, inni przetrwali obóz, albo ukrywali się na terenie Polski. Jak bardzo musieli czuć się samotni, kiedy stopniowo docierała do nich świadomość, że niemal wszyscy zginęli?

Po wojnie nie tylko musieli się zmagać z poczuciem straty. W Polsce nie mieli z kim rozmawiać o tym, co się wydarzyło w ich w życiu. Niekiedy po raz pierwszy opowiadają całą swoją historię życia. Anka Grupińska oddaje im głos – dokładnie w takiej formie, w jakiej się wypowiadali. Historie nie zawsze są pełne, często mają jakieś luki. Najważniejsze jednak, że starają się ocalić tamte czasy od zapomnienia. Dzięki nim świat, który już nie istnieje, zaczyna żyć w naszej pamięci. Za sprawą tego świadectwa ma on szansę przetrwać choćby tylko w formie zdjęć i spisanych wspomnień. Ci ostatni świadkowie mają szansę nam coś pozostawić. Mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy nie przejdą obok tych historii obojętnie. Mnie poruszyła ta opowieść, ponieważ uzmysłowiła mi pustkę, której nic już nie wypełni. Jedynie poprzez takie opowieści, można sobie choć trochę wyobrazić ten nieistniejący już świat i uzmysłowić, jak bardzo był bogaty.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Debiut prozatorski Jana Jakuba Kolskiego – „Kulka z chleba”

Kulka z chlebaZarówno „Egzamin z oddychania”, jak i „Dwanaście słów” Jana Jakuba Kolskiego wywarły na mnie pozytywne wrażenia. Tym razem postanowiłam sprawdzić, od czego pisarz zaczynał. Czy znajdę wspólne wątki dla tych trzech powieści? Pewnie niektórych dziwi, że nazywam Kolskiego pisarzem, ale trzeba pamiętać o tej części jego twórczości. Sam reżyser nie lubi tego terminu, na określanie swojej działalności prozatorskiej.

Powieść „Kulka z chleba” napisana została dwutorowo, ale warstwy w pewien sposób się przenikają. Mamy do czynienia z książką w książce. Główny bohater powieści postanawia napisać książkę. Stanisław Muskat może to jednak robić tylko w Popielawach. Jest człowiekiem w średnim wieku, raczej pisarczyną, niż wielkim wieszczem. Tyle, że w pewnym momencie jego książka zaczyna mu się wymykać spod kontroli i powstaje niezależnie od zamierzeń autora.

Powieść, którą pisze Muskat dotyczy wydarzeń, które miały miejsce w czasie okupacji. Dzieci ze wsi oglądają pociągi sunące do obozu koncentracyjnego. Pokazują Żydom gestami, jaki czeka ich los. Z jednego wagonu wyskakuje kilkoro z nich. Ci, którzy przeżyją, będą próbowali uciekać przed niechybną śmiercią ze strony hitlerowców. Niewielu się uda, ponieważ za Żydami rusza pogoń. Szukają ich Niemcy, ale też dzieciaki z okolicy.

Po wielu latach każde z tych pięciorga dzieci, które widziało scenę ucieczki Żydów z pociągu, dotyka kara. Umierają w dziwnych okolicznościach. Tylko, czy kara zmieni świat? Czy pozostali ludzie staną się lepsi, albo czegoś się z tej historii nauczą? Bynajmniej. Wpływać można na nich poprzez tytułową kulkę z chleba, wtedy stają się posłuszni. Jednak niewielu bohaterów wie, jak je tworzyć.

Stanisław Muskat cierpi podczas tworzenia. Historia, którą kreśli, okazuje się nawiązywać do rzeczywistych wydarzeń, z którymi mężczyzna nie miał nic wspólnego. Tak jakby miejsce samo kreowało rzeczywistość przedstawioną w książce. Nie sposób oddzielić w niej prawdy i fikcji, ani ustalić, które wydarzenia miały miejsce, a które są całkowicie wymyślone.

Jan Jakub Kolski w „Kulce chleba” nawiązuje do realizmu magicznego. Główny bohater prowadzi dyskusje z Marquezem, który zachęca do wymyślenia świetnie opowiedzianej historii. Natomiast Popielawy są dla Muskata tym, czym Aracataca dla twórcy „Stu lat samotności”. Oczywiście realia są zupełnie inne, ale nawiązania mamy oczywiste. Wydarzenia, które opisuje Muskat i z którymi sam ma do czynienia, napisane są w podobnym stylu. Wspólnym mianownikiem jest tu realizm magiczny.

Jan Jakub Kolski w powieści „Kulka z chleba” starał się uporać z problemem winy i kary. Jeszcze przed słynna książką J. T. Grossa „Strach” pokazał, że Polacy nie byli wobec Żydów tacy czyści. Część z nich w „Kulce z chleba” nie uporała się ze swoją winą. Nawet jeśli to były pozornie niewinne gesty dzieciaków, to w magiczny sposób zostaną one ukarane. Tylko, że Kolski pokazuje, że wielu z nich wymierzyło sobie karę samym poczuciem winy. Świadomością, że przyczynili się do panującego wokół zła.

„Kulka z chleba” jest powieścią nieco zagmatwaną. Trudno w niej oddzielić realizm od magii. Jednak takie było zamierzenia autora – moim zdaniem. Kolski opisuje warsztat pisarski, niemoc tworzenia. Jednocześnie poprzez historię Żydów z czasów drugiej wojny światowej wraca do tematów niewygodnych, ale ważnych. W powieści znalazłam tez kilka wątków wspólnych dla twórczości Kolskiego. Samotni bohaterowie, związki starszych mężczyzn z młodymi kobietami. To się powtarza. Natomiast w ostatnich powieściach zanika element magii. Pozostaje pewien sentymentalizm. Już w „Kulce chleba widoczne jest, że autor pisze obrazami. Zresztą do książki są dołączone ilustracje Miry Żelechower-Aleksiun, uzupełniające całość.

Trudne czasy, skomplikowane losy „Niewidzialny most” – Julie Orringer

Niewidzialny mostCzarna Owca jakiś czas temu wydała książkę Julii Orringer, pt. „Niewidzialny most”, inicjując nową Szmaragdową Serię, w której mowa będzie o dziejach rodzin w trudnych czasach. Intryguje już ilość stron – ponad 750 oraz zapowiedź, że jest to wielowątkowa opowieść o bliskich, których losy połączą się w mrocznych czasach wojennej rzeczywistości…

Poznajemy głównego bohatera, który w 1937 roku udaje się na studia do Paryża. Andras Lévi jest Węgrem i Żydem jednocześnie. Rusza z Budapesztu z tajemniczym listem, który następnie zmieni jego los, kiedy pozna adresata. Zanim jednak do tego dojdzie, zazna życia studenta architektury z wszystkimi jego plusami oraz minusami.

Jako osoba biedna nie będzie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele przyjemności. Przejdzie trudną drogę, wciąż lękając się o swoją sytuację materialną. Jego stypendium zostanie cofnięte, ponieważ jest żydowskiego pochodzenia. Trudno też będzie mu znaleźć pracę i się w niej utrzymać.

Mimo tych wszystkich przeciwności losu znajduje przyjaciół i protektorów. Jego talent szybko zostanie zauważony. Pozna tajemniczą Klarę, starszą od siebie nauczycielkę baletu. Wbrew wszystkiemu i wszystkim połączy ich niezwykle silne uczucie. Jednak dopóki Andras nie pozna wszystkich sekretów ukochanej, będzie czuł się niepewnie, jakby stąpał po niezwykle cienkim lodzie.

I kiedy wyda się, że już wiele udało się bohaterom przejść, wybuchnie druga wojna światowa. Klara i Andras wrócą na Węgry. A tam zacznie się rozwijać powoli piekło. Główny bohater zostanie wysłany na wschód, do brygady roboczej. Czy uda mu się przetrwać? Ma dla kogo żyć, ale czy miłość może być silniejsza, niż zło panoszące się na świecie?

Julia Orringer z wielkim rozmachem nakreśliła losy rodziny o żydowskim pochodzeniu. Andras i Klara gdziekolwiek by się nie znaleźli w Europie, musieliby walczyć o przetrwanie. Choć sytuacja Żydów węgierskich była nieco lepsza, niż choćby w Niemczech, czy na ziemiach polskich, mimo to widzimy, jak trudno było przetrwać te trudne czasy.

Dzięki „Niewidzialnemu mostowi” przeniosłam się do pięknego Paryża. Autorka świetnie oddała klimat mojego ulubionego miasta. Widzimy je oczyma przyszłego architekta, więc i forma ma tu wielkie znaczenie. Podziwiamy Paryż razem z Andrasem. Ale oczywiście, autorka nie zapomniała o tym, że koniec lat trzydziestych wcale nie był łatwy dla ludzi żydowskiego pochodzenia.

Ważnym motywem jest też miłość braterska. Braci Andrasa, Tibora i Mátyás łączy ważna więź. Choć każdy z nich jest inny, potrafią zawalczyć o siebie, są sobie oddani i zrobią wiele, by udało im się przetrwać. Obserwujemy ich dramaty, przeciwności, z którymi się muszą zmierzyć. Jednak, czy wyjdą z tego cali, czy zawsze będą się wspierać?

„Niewidzialny most” opowiada o tym, jak ważna jest nadzieja. Właśnie ona jest siłą, która trzyma bohaterów przy życiu, mimo złu, które się panoszy. W momencie, kiedy gaśnie, pozwala dojść do głosu śmierci. Andras i Klara mają miłość, ale inne wymienione postacie w tej książce również kochają. Kiedy jednak przestają wierzyć i mieć nadzieję, tracą wszystko.

Książka Julie Orringer przypomina trylogię Paulliny Simons. Wiele jest tu punktów wspólnych – zwłaszcza opisy zawieruchy wojennej. Z tym, że Tatiana i Aleksander – bohaterowie powieści Simons – pochodzą ze Związku Radzieckiego i nie są Żydami. Mimo to przechodzą podobne piekło jak rodzina Lévi z „Niewidzialnego mostu”. Motyw drugiej wojny światowej został u obu pisarek pokazany w przekonujący sposób i z równie wielkim, epickim rozmachem.

Miłośników „Jeźdźca Miedzianego” nie trzeba będzie zbyt długo namawiać do sięgnięcia po powieść Julie Orringer. Główny bohater książki Orringer – Andras – tworzy dzięki swojej historii most, który może połączyć oddalone od siebie brzegi. Ważne, byśmy tam trafili i dali się wciągnąć w tę fabułę, a mimowolnie staniemy się świadkami nie tylko wielkiej miłości, ale i tragicznych czasów oraz losów. Ludzi, których historie były tragiczne, a jednocześnie często anonimowe. Dzięki Julie Orringer uświadamiamy sobie, jak trudno było przeżyć w tak mrocznych czasach.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę.