„Wyspa Skarbów” – Robert Louis Stevenson

Wyspa skarbówTrudno dziś uwierzyć, że książka Roberta Louisa Stevensona została wydana w 1883 roku. Polscy czytelnicy mogli ją poznać już dziesięć lat później, tytuł przetłumaczono wtedy jako „Skarby na wyspie”. Najbardziej jednak popularna stała się za sprawą przekładu Józefa Birkenmajera sprzed drugiej wojny światowej. Wiele pokoleń w dzieciństwie odkrywało tę powieść i dało się porwać przygodom Jima Hawkinsa.

Obecnie Wydawnictwo Media Rodzina postanowiło wznowić „Wyspę Skarbów”, ale w nowym tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego. Całość wzbogaciły ilustracje słynnego Roberto Innocentiego. Szkoda, że tych rysunków nie pojawiło się więcej, gdyż dzieciom bardzo przypadły one do gustu. Taka klasyczna ilustracja działa na wyobraźnię, pozwala młodym czytelnikom lepiej przełożyć sobie słowo pisane na obraz.

Historię Jima Hawkinsa – chłopca, który przeżyje wiele przygód po odnalezieniu mapy skarbów – wciąż czyta się z wypiekami na twarzy. Kilkunastolatek będzie musiał stawić czoło wielu przeciwnościom losu, by osiągnąć cel. Okaże się jednak, że ważne jest coś zupełnie innego, niż dobra materialne. Mapa staje się pretekstem do wyruszenia w podróż i przeżycia niezwykłej przygody. Dzięki wyprawie na statku „Hispaniola” młody Jim przejdzie wiele prób, podczas których będzie musiał udowodnić swoją dojrzałość oraz inteligencję.

Stevenson w „Wyspie skarbów” stworzył pewnien archetyp pirata. Właśnie jemu zawdzięczamy znany nam powszechnie obraz człowieka z papugą na ramieniu, nie wylewającego trunku za kołnierz oraz przeklinającego po marynarsku. Kuternoga John Silver stał się inspiracją dla wielu twórców. Zresztą nie tylko artyści korzystają z tego wzorca – które dziecko choć raz nie chciało zostać piratem?

Historia, jako że powstała jeszcze w XIX wieku, jest nieco surowa w odbiorze. Robert Louis Stevenson opisuje sceny przemocy, walki na śmierć i życie, bunty oraz hulanki piratów. Dzisiaj nie obyłoby się bez krytyki za sporą ilość przelanej krwi. Jednak dzieciaki za sprawą „Wyspy skarbów” poznają czym jest prawdziwa przygoda. Świat piratów i walka ze złem to nadal pociągające motywy. Sama „Wyspa skarbów” nadal jest aktualna. Opowieść nie stała się archaiczna, bo marzenie o wielkiej przygodzie wciąż może być atrakcyjne.

Jim Hawkins uczy się podczas podróży odróżniać dobrych ludzi od złych. Musi też poradzić sobie w życiu, aby przetrwać. Jeśli okaże chwilę słabości, może stracić życie. Mimo wszystko nie zapomina o empatii, bo potrafi współczuć również negatywnym postaciom. Dzięki piratom, mapie skarbów, ciekawym bohaterom, podróży na statku, zaczynamy żyć tym cudownym klimatem. Przygoda nadal porywa, a młodzi odbiorcy poznają coś, co dziś jest mało eksponowane. Dla Jima Hawkinga ważny jest honor i przyjaźń.

Kiedy czytałam „Wyspę skarbów” swoim dzieciom, bałam się, że książka może do nich nie dotrzeć. A jednak historia Hawkinsa i piratów je zainteresowała. Nawet trudne określenia związane z żeglowaniem nie przeszkadzały im w odbiorze powieści, niemal nie zwracały na nie uwagi skupiając się na akcji. Dzieci nie widzą w tej powieści schematu, do końca są trzymane w niepewności. A to zachęca do zagłębiania się w tej historii. Zresztą samo obcowanie z tym wydaniem dostarcza wielu pozytywnych wrażeń. Piękne ilustracje, twarda oprawa i kredowy papier, sprawiają, że czytanie tej książki to czysta przyjemność.

Dziękujemy za książkę Wydawnictwu Media Rodzina.

Pan Kuleczka i skrzydła

Pan Kuleczka SkrzydłaTym razem już nie było haseł typu: mama ja jestem za duża na taką książkę. Padło zupełnie inne zdanie: „Kiedy przeczytasz nam znowu „Pana Kuleczkę”?

Oczywiście znam swoje dzieci, więc w zanadrzu miałam drugą część książki Wojciecha Widłaka „Pan Kuleczka. Skrzydła”. Jesteśmy w dalszym ciągu świadkami przygód niesamowitej czwórki przyjaciół. Nadal mamy psa Pypcia, muchę Bzyk-Bzyk, kaczkę Katastrofę oraz tytułowego bohatera.

Dla najmłodszych słuchaczy w książce nie ma rzeczy nadprzyrodzonych. No bo fakt, że pies i kaczka mówią ludzkim głosem to oczywiste i w pełni naturalne. Zwierzęta stanowią tu odpowiednik dziecięcych bohaterów i zachowań. Kaczka nadal ma wybuchowy charakter, psoci ile wlezie, pies zachowuje się melancholijnie i tylko mucha jest nieprzenikniona w swej naturze – choć nauczyła się mówić „nie”.

Cała czwórka pokazuje dzieciom, że można obserwować najbliższy, bo otaczający nas świat. Bohaterowie mają tu czas na to, by patrzeć co dzieje się za oknem, potrafią wybrać się na piknik pociągiem. Wszystko odbywa się bez pośpiechu, choć ze sporą dawką humoru. Pan Kuleczka nigdy nie popędza swej trzódki. Odpowiada spokojnie na wszystkie pytania, uczy i naprowadza na właściwą odpowiedź swych małych podopiecznych.

Katastrofa i Pypeć potrafią się kłócić, drzeć psy – to głównie specjalność kaczki. Jednak zdają sobie sprawę, że łączy ich coś szczególnego. Mogą poczuć tę więź, na przykład podczas powrotu z zakupów. Bohaterowie robią rzeczy, które nie są powszechnie popularne, a jednak każde dziecko świata chciałoby coś takiego przeżyć. Poszukiwanie skarbu, leżenie na łące, obserwownie kwiatków rosnących w doniczce, jazda pociągiem. Skoro na co dzień nie ma na to czasu, to świetnie jest dziecku o tym poczytać. No i można się pośmiać z zabawnych perypetii kaczki i Pypcia. Komizm sytuacyjny i słowny jest w tych opowieściach na wysokim poziomie. Tylko cztero i siedmiolaki domagają się więcej. Jeden tom ledwo się da podzielić na dwa wieczory… A maluchy wołają zgodnie – „Mamo jeszcze!”

Pan Kuleczka…

Pan Kuleczka– „Mamo, ale ja jestem za duża na takie bajeczki” – powiedziała niemal dorosła siedmiolatka i udawała, że nie słucha książki Wojciecha Widłaka „Pan Kuleczka”.

Za to czterolatek nie opuścił moich kolan aż do samego końca i oczywiście marudził, że skończyłam za szybko. Po przeczytaniu początku, to bardziej dorosłe dziecko zapomniało, że jest tak dojrzałe i co chwilę dopytywało – a to o imiona głównych bohaterów, a to o jakieś szczegóły. Bo jak się można już domyślać – „Pam Kuleczka” jest dla wszystkich i dla najmłodszych i dla tych trochę starszych.

Tytułowy jegomość posiada niezłą trzódkę: muchę, kaczkę i psa. Mieszka z nimi w mieście. Może już to wydawać się nieco dziwne, ale jeszcze bardziej zadziwia fakt, że Kaczka Katastrofa i pies Pypeć mówią. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że trzecie stworzonko – mucha Bzyk-Bzyk nic nie mówi, tylko lata i bzyczy.

Historie całej czwórki publikowane były w miesięczniku Dziecko. Doszło do wydania książki, potem następnej… Teraz mamy już ładnych kilka tomów, stronę internetową z grami i zabawami dla najmłodszych, informacjami o serii dla rodziców.

Czym się wyróżnia książka spośród innych, kierowanych do dzieci? Autor tworzy w pozornie realnym świecie, bajkowe postacie. Młodzi czytelnicy są zafascynowani opowieściami Widłaka. Do tego dochodzą ciekawe ilustracje. Bardzo kolorowe, ale z odpowiednim klimatem. No i dzieci wszędzie szukają muchy…  Pan Kuleczka jest mędrcem, nadzwyczaj spokojnym człowiekiem, który wszystko potrafi wytłumaczyć swoim podopiecznym, delikatnie ich naprowadzając, ku właściwym rozwiązaniom. Kaczka Katastrofa charakteryzuje się niezwykle wybuchowym temperamentem. Można ją porównać do dziecka ciekawego świata. Chce wszystko poznać, wszędzie wtyka nos – tzn. dziób – a z tym się wiążą problemy. Natomiast pies Pypeć jest mądry i spokojny. Charaktery tych dwojga próbuje równoważyć mucha.

„Pan Kuleczka” został napisany w ten sposób, że bardziej niecierpilwi, bądź początkujący słuchacze, otrzymują niezbyt długie historie. Ci bardziej zaawansowani mogą posłuchać wszystkich podczas jednej sesji. Tylko rodziców po jakimś czasie zaczyna boleć szczęka od zbyt intensywnego nią ruszania – czego jednak się nie robi dla dzieci… Na szczęście historie czyta się dobrze i łatwo. Są zabawne i posiadają ciekawy nastrój. No i uczą, że można interesować się światem, zaś pan Kuleczka wszystko spokojnie oraz zabawnie wyjaśni.

Dla przyszłych policjantów i strażaków

Mam przyjaciela strażakaKsiążki z serii Mądra mysz kierowane są do dzieci od trzech lat. Jednak starsze, też mogą się z nich sporo dowiedzieć. Napiszę o tych, które przybliżają maluchom wybrane zawody.

Kto nie marzył o tym, by zostać strażakiem, pilotem, albo policjantem? Jaka jest rzeczywistość można dowiedzieć się z opowiastek zatytułowanych – Mam przyjaciela… Ralfa Butschkowa (tu trzeba dodać zawód). Historie oparte są na schemacie – dziecko ma przyjaciela, bądź sąsiada, który zabiera go do swojego świata, czyli w miejsce, gdzie pracuje.

Dziecko – jeśli wybierze książkę o strażaku – najpierw dowie się jak wygląda  wyposażenie wozu strażackiego. Książka jest tłumaczeniem z języka niemieckiego, więc pewnie nie oddaje w pełni polskich standartów. Za to mamy idealną ekipę z doskonałym sprzętem.  Wymieniono aż 25 elementów wyposażenia wozu strażackiego. Maluchy dowiedzą się co robią strażacy. Okaże sie, że nie tylko jadą do pożaru. A jeśli jadą, to z opowieści wyniknie jak muszą zadbać o swoje bezpieczeństwo i innych.

Mam przyjaciela policjantaPodobnie jest z książeczką o policjancie. Chłopczyk, który odwiedza posterunek poznaje pracę policji od środka. Dowie się, że są policjanci, którzy jeżdzą na rowerach, pływają łodzią patrolową, kierują ruchem drogowym, itp.

Wszystkie te książeczki pozwalają dzieciakom wyobrazić sobie jak wygląda ich wymarzony zawód. Można wybrać coś dla każdego. Są wersje o kierowcy rajdowym, pilocie, czy nawet śmieciarzu – jakkolwiek by to się dorosłym nie kojarzyło, chodzi o profesję. Format książki jest zeszytowy. Ilustracje obrazują treść, więc jeśli już kilka razy rodzic czytał swojemu dziecku książeczkę, to może ono przypominać sobie  co było napisane na podstawie obrazków. Polecam dzieciom już od trzeciego roku życia.

Adopcja a metafora

Jako rodzic czytający własnym pociechom, niekiedy mam problem jak jedną książką zainteresować dwójkę dzieci w różnym wieku, o zupełnie innych zainteresowaniach? Niektóre pozycje dla maluchów tak źle się czyta, i mimo wieloletniego doświadczenia w tej dziedzinie, dukam, jąkam się, a z głośnego czytania wychodzi tylko belkot.

Tym razem okazało się, że można napisać książkę, która zaintryguje dzieci, wszystkich też wzruszy.

Tytułowy Jeż to dziecko, które zostało adoptowane przez rodziców, bo bardzo pragnęli je mieć. Problem dzieci niechcianych tak tutaj wytłumaczono, że mimo główkowania i myślenia, trudno byłoby o lepsze, czy bardziej delikatne wyjaśnienia. Jak? Poprzez metaforę. Piotruś zostaje adoptowany, ale nie jest taki jak inne dzieci – ma kolce. Kiedy rodzice go pokochają, okażą mu uczucie te kolce stopniowo opadają. Nic nie dzieje się łatwo. Rodzice pytają, czy potrafią rozpoznać Ich dziecko – podczas adopcji. Nie wiedzą, że są nieszczęśliwi, tylko ich świat stał się szary, zupełnie pozbawiony kolorów.

Na koniec Piotruś dorasta, wylatuje z gniazda. Młodszy syn stwierdził, że nigdy nie odejdzie od nas – cieszyć się, czy nie?