„Wszystkie barwy siatkówki” – Marcin Prus

Wszystkie barwy siatkówki. Marcin PrusSiatkówka wywołuje sporo emocji. I to nie tylko od wczoraj. Wydawnictwo SQN doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak sport działa na ludzi. W ubiegłym roku pojawiła się autobiografia Marcina Prusa pt. „Wszystkie barwy siatkówki”. Zresztą było o niej głośno. Teraz w związku z Mistrzostwami Świata, pewnie niektórzy sobie o niej przypomną.

W zasadzie chyba tylko sportowcy mogą pisać autobiografie w tak młodym wieku. Marcin Prus skończył swą karierę siatkarską w 2003 roku, mając zaledwie dwadzieścia pięć lat. Zaskoczył mnie fakt, że Marcin Prus jako jedyny siatkarz w Polsce, zdecydował się na to, by opowiedzieć swoją historię.

Autor pisze o swoim dzieciństwie, które w czasach PRL-u nie wyglądało zbyt kolorowo. Przyszedł na świat w 1978 roku w niewielkim mieście – Starogardzie Gdańskim. Potrafił jednak już od najmłodszych lat spędzać sen z powiek swoim rodzicom, ponieważ był niezwykle ruchliwym dzieckiem, które potrafiło skoczyć z okna bloku: z drugiego piętra. Wprawdzie prosto w ręce babci, ale nie obyło się bez kontuzji – pęknięcia kręgosłupa w odcinku lędźwiowym.

Już jako młody chłopak dostał się do reprezentacji juniorów. Kiedy inni odpoczywali i zbijali bąki, siatkarze musieli ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Marcin Prus pokazuje jak ciężką pracą są treningi. Jednak nie ukrywa, że tego typu życie miało pewne blaski. Z jednej strony musiał zmieniać szkołę średnią, bo trudno było nadążyć mu z programem. A z drugiej reprezentacja juniorów w 1997 roku pod opieką Ireneusza Mazura została mistrzami świata juniorów, a Marcin Prus MVP (dla niewtajemniczonych takich jak ja – najlepszym juniorem świata w roczniku 1977/78).

Autor  „Wszystkich barw siatkówki” miał też taki moment, w której sensem jego życia była plażówka. Szybko jednak zaczął karierę seniora i wędrówkę po klubach. Wreszcie dostał się do kadry pod skrzydłami Huberta Jerzego Wagnera. Tak na marginesie: ostatnio głośno o biografii tego trenera, którą napisał jego syn Grzegorz Wagner.

Marcin Prus ze względów zdrowotnych musiał skończyć swoją karierę. Został dziennikarzem sportowym. Jego autobiografia pokazuje, że piękny sport może być również niebezpieczny. Niezwykle ciężka praca nie daje gwarancji sukcesu. W przypadku tego siatkarza laury wprawdzie były, ale ich koszt też był ogromny. Najpierw kontuzje, a potem dziewięć trudnych operacji sprawiło, że Prusowi nie udało się wrócić do zawodowstwa.

Książka „Wszystkie barwy siatkówki” została napisana w sposób energiczny. Jej autor pisze nieskomplikowanym językiem, bardzo bezpośrednio. Zaskoczyły mnie złote myśli autora. Co jakiś czas pojawiają się w tekście wyróżnione wtręty typu: „Prus mówi. Nie mam możliwości odwrócenia tego, co się stało. Cholerna szkoda” (s.104). Jakoś zupełnie nie rozumiem, po co te dodatki? Może dla tych, którzy chcieliby się wzorować na autorze?

Z autobiografii wyłania się trochę gorzki obraz polskiej siatkówki. Z jednej strony wspaniali kibice i chwile sławy. A z drugiej niezwykle trudna i żmudna praca, która wprawdzie dała efekty, ale zdrowie nie pozwoliło kontynuować Prusowi kariery. Ktoś, kto był rozpoznawany nie tylko dzięki swoim farbowanym włosom, nagle odchodzi w cień. To musi boleć równie mocno, jak kontuzje. Czytelnicy, którzy są fanami siatkówki z pewnością przeczytają tę pozycję jednym tchem (o ile już tego nie zrobili). Mogą jednak odczuć pewien niedosyt. Otrzymujemy bowiem anegdoty, obraz kariery bohatera – nie zawsze usłanej różami. Mnie jednak nie do końca przekonał styl autora i jego poczucie humoru. Chciałabym się dowiedzieć nieco więcej. Zwłaszcza o podróżach zagranicznych Marcina Prusa.

Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Otóż jej autor uczęszczał do tego samego liceum, co ja. W dołączonych do autobiografii fotografiach mogę oglądać swoich znajomych ze szkoły, ponieważ autor dodał zdjęcia swojej klasy z podstawówki i liceum (jesteśmy z tego samego rocznika). Obserwowaliśmy jego sukcesy, cieszyliśmy się, że ktoś od nas robi sportową karierę, ale nie wiedzieliśmy, jak wyglądało prawdziwe życie Marcina Prusa. Teraz zobaczyliśmy je jego oczyma.

„Przegląd Końca Świata. Blackout” – Mira Grant

Przegląd Końca Świata - BlackoutMira Grant jest autorką trylogii „Przegląd Końca Świata”. Można sięgnąć po powieść „Blackout” dopiero po przeczytaniu „Feed” i „Deadline”. Finał tej apokaliptycznej powieści jest równie interesujący, trzyma w napięciu, podobnie jak w poprzednich tomach.

W wielkim skrócie mowa w trylogi o tym, jak wygląda świat po tym, gdy zombie zaatakowały ludzkość. Stało się to w 2014 roku, kiedy opracowywano lek na raka i skuteczną szczepionkę przeciwko grypie. Choć lek okazał się skuteczny, miał jeden drobny skutek uboczny – inwazję zombie.

Czytelnicy oglądają świat po ćwierćwieczu walki z powstałymi z martwych. Nic nie jest tak jak dawniej, jednak w pewnym sensie ludzkość wyszła na prostą, okiełznano największe zagrożenie. Wtedy na jaw wyszło, że wcale nie zombie najbardziej zagrażają ludziom, tylko zupełnie kto inny.

Na Florydzie wybucha nagle nowe źródło epidemii, a ekipa Przeglądu Końca Świata zostaje oskarżona o bioterroryzm. W związku z zaistniałą sytuacją dochodzi do podziału grupy. Shaun wyrusza zbadać źródło zarazy, on jako jedyny jest odporny na wirusa. Potrzebna też będzie nowa tożsamość dla członków ekipy, więc reszta udaje się do legendarnego hakera Małpy po sfałszowane dokumenty. Oprócz tego obserwujemy tajemniczy obiekt 7c przetrzymywany w tajnych laboratoriach CZKC. Kim jest i jaką przypisano mu rolę?

Aby nie odbierać czytelnikom przyjemności z czytania i odkrywania kolejnych spisków i tajemnic, nic więcej nie mogę dodać jeśli chodzi o treść. Młodzi dziennikarze zostają pozbawieni możliwości pisania swoich blogów, muszą się ukrywać, ale nie zapomną o ideach. Najważniejsze dla nich jest odkrywanie prawdy oraz informowanie o niej. Muszą jednak odkryć wszystkie karty, by zrozumieć o co chodzi. Pytanie brzmi, czy zdołają ocalić skórę?

Mira Grant zrobiła wiele, by finał trzymał czytelników w napięciu. Jak już udowodniła w poprzednich tomach, nie tylko chce dać nam olbrzymią dawkę rozrywki, ale też stawia pytania. Zasatanawia się dokąd zmierza ludzkość. Jej wizja nie jest pocieszająca. Pokazuje jak nieetyczne jest zmienianie natury. Kiedy połączy się jeszcze eksperymenty medyczne z dążeniami związanymi z władzą, robi się jeszcze bardziej nieciekawie. Tylko jak to nazwać? Medytotalizm, a może medytura?

Przegląd Końca Świata może stanowić idealną lekturę dla młodzieży. Główni bohaterowie wprawdzie są dorośli, ale jeszcze całe życie przed nimi. O ile nie zostaną schwytani przez zombie, czy tajemnicze organizacje, które próbują ich dopaść. Muszą być niezwykle odważni i bystrzy, żeby stawić czoła szalonym naukowcom, wytworom ich eksperymentów oraz agencjom rządowym. Jednak choć niektórych przyciągnie do tej powieści to, że mowa w niej o zombie, przeciwników tego typu prozy niech powstali z martwych nie odrzucają. Zombie są tylko pretekstem, gdyż Mira Grant wykorzystała je by pokazać swoją wizję przyszłości.

Dzięki książce zastanawiamy się nad tym, co jest etyczne w eksperymentach medycznych, a czego lepiej „nie tykać patykiem”. Inny problem dotyczy władzy. Tutaj autorka też ma wiele do powiedzenia. No i ostatnie: blogerzy. Oni są tu nowym rodzajem medium, ale też mogą mieć pewnien wpływ na ludzi. I w tym miejscu rodzi się wiele pytań o to, co jest najważniesze? Sława, pieniądze, czy może prawda?

„Blackout” stanowi świetnie przemyślane zwieńczenie Przeglądu Końca Świata. Zazdroszczę tym, którzy będą czytali wszystkie trzy tomy od początku, gdyż z pewnością czeka ich spora dawka przyjemności, bo dostają trzy tomy wartkiej i żywej akcji oraz zaskakujące zakończenia. Zombie-apokalipsa nie przekonałaby mnie, gdyby Mira Grant skupiła się tylko na tym. Dostałam jednak o wiele więcej: świetnie napisaną książkę, która zachęca do poważnych przemyśleń o współczesnym świecie. No i ta zachęta do działania: „Powstańcie, póki możecie”…

Za książkę dziekuję SQN.

„Mój Che. Bardzo intymnie” – Aleida March

Mój CheChe Guevara. Bohater, czy zbrodniarz? Z pewnością ikona popkultury. Natomiast dla Aleidy de March ukochany mąż, wspaniały ojciec ich dzieci. Oto po kilkudziesięciu latach żona tej niezwykle kontrowersyjnej postaci przerywa milczenie, by opisać swój związek z Ernesto Guevarą. W książce „Mój Che. Bardzo intymnie” Aleidy March, przeczytamy jednak najwięcej o samej autorce, a rewolucjonista ukazany zostanie jako wrażliwy człowiek.

Aleida de March była Kubanką, która dorastała niedaleko Santa Clara w centralnej części wyspy. Przyszła na świat jako piąte dziecko w zwykłej, wiejskiej rodzinie. Już jako młoda dziewczyna przyłączyła się do Ruchu 26 lipca, podziemnej organizacji założonej przez Fidela i Raula Castro. Właśnie ta grupa odegrała czołową rolę w obaleniu dyktatury Batisty. Aleida była aktywną członkinią Ruchu. Często wyjeżdżała, szybko przeszła też swój chrzest bojowy.

W 1958 roku, podczas jednej z akcji, poznaje dowódcę obozu – Ernesto Che Guevarę. Przekazała mu przesyłkę – 50 000 pesos (przyklejone do jej talii taśmą). Ich relacja rozpoczęła się krótko potem. Pewnego dnia Che zaprosił ją do swego jeepa i zapytał, czy nie chce poćwiczyć strzelania. Wydawał jej się mężczyzną, w który może roztoczyć nad nią opiekę, więc się zgodziła.

Che już wtedy był postacią z pewną „reputacją”. Partyzanci darzyli go szacunkiem, a sam rewolucjonista wykazywał się zdolnościami przywódczymi. Najpierw kobieta była tylko zafascynowana sławnym już mężczyzną, ale wkrótce między dwudziestoletnią Aleidą i trzydziestoletnim Guevarą zaczyna rodzić się uczucie. Oprócz tego, zakochani razem pracują.

Che jeszcze wtedy nie rozwiódł się z pierwszą żoną, natomiast oświadczył się Aleidzie dyktując list do poprzedniej żony. Nowa ukochana była w końcu sekretarką Guevary. Po uzyskaniu rozwodu, Che i panna March pobierają się. Rodzi im się czworo dzieci. Wielka miłość nie zmienia poglądów tej dwójki. Che potrafi poświęcić wszystko w imię idei. Nie waha się zostawić żony, bo uważa, że musi walczyć. Dołącza do walk w Afryce, a potem w Boliwii, gdzie ginie w 1967 roku.

Aleida poddaje się całkowicie woli męża. Nie buntuje się w imię uczucia. Choć Che bez skrupułów ją opuszcza, kobieta akceptuje wybór męża. Podczas lektury książki można odczuć, że niemal go idealizuje. Choć widać też, ile ją kosztowały owe rozłąki. Rewolucja pokazana przez Aleidę March niby opowiada to, co znamy z historii, ale jest to przekaz jednostronny. Kobieta nie krytykuje ani Guevary, ani Fidela. Konsekwencje walk widać gdzieś w tle. Trzeba wziąć poprawkę na ten jednostronny obraz i nie można tylko na nim opierać swej wiedzy.

We wspomnieniach o Che, Aleida jest subiektywna. Nie krytykuje też samej rewolucji na Kubie. Uważa, że była ona koniecznością. Widać, że nawet po latach wciąż jest dumna z dokonań swego męża. W książce oprócz oblicza rewolucjonisty, pokazuje też jego romantyczną naturę. Wspomina jakim był dobrym ojcem. Cytuje wiersze, które pisał dla żony, listy oraz opowiadanie autorstwa Che. Aleida March w ten sposób przedstawia ludzkie oblicze Ernesto Guevary.

Według mnie książka „Mój Che” stanowi jeden z ważnych głosów na temat Guevary i samej rewolucji kubańskiej. Nie można jednak przyjmować tej książki bezkrytycznie. Pokazano tu bowiem mocno subiektywny obraz. Zarówno główny bohater, jak i sama rewolucja są ukazane jednostronnie. Dlatego warto skonsultować tę książkę z innymi pozycjami na temat tych wydarzeń, czy samego Guevary. Istotne jest też, że głos zabrała osoba płci żeńskiej Dzięki temu możemy prześledzić rewolucję oczyma kobiety. Jak się okazało i one walczyły z reżimem Batisty. Poznamy ich rolę i udział w walce o ideały. Zobaczymy też, jaką cenę za to zapłaciły. Aleida March opisując swojego męża, pokazała nam przede wszystkim siebie. Wcześniej  jej punkt widzenia i taki obraz rewolucji kubańskiej nie był mi znany.

Dziękuję Wydawnictwu SQN za książkę.

„Niezwykła historia Marvel Comics” – Sean Howe

Niezwykła historia Marvel ComicsDlaczego komiksy są tak popularne? Jak to się stało, że coś czego kiedyś nie traktowano poważnie, dziś uznawane jest za sztukę? Wiele pokoleń miało do czynienia z komiksami, ale dopiero teraz te dzieła popkultury zaczynają się cieszyć uznaniem.

Sean Howe podjął się trudnego zadania. W książce „Niezwykła historia Marvel Comics” opowiedział o tym, jak narodziły się kolejne postacie superbohaterów, których wszyscy znają: Spider-Mana, Hulka, Iron-Mana, Kapitana Ameryki i wielu innych. Nawet jeśli nie zetknęliśmy się z tymi komiksami, to przecież doskonale znamy te postacie, czy z filmów, czy ubrań, a nawet pościeli, które kupujemy własnym dzieciom. Dzięki kompendium wiedzy o Marvelu, które otrzymujemy dzięki książce Howe’a, uświadomiłam sobie, że właściwie tylko Batman i Superman pochodzą z innej firmy – DC Comics.

Aby prześledzić tę kilkudziesięcioletnią historię, autor przeprowadził wywiady z setką osób, które przyczyniły się do narodzin kolejnych popularnych komiksów. Najbardziej zaskoczyła mnie przypadkowość powstawania kolejnych bohaterów komiksów. Sam proces twórczy trudno mi było sobie wcześniej wyobrazić. Traktowanie pracowników przez zarządzających Marvelem przypominało niemal obóz pracy, w której liczy się tylko i wyłącznie zysk. Nie było mowy o żadnych prawach autorskich, a twórcy komiksów zmieniali się niemal jak w kalejdoskopie. Tylko kilka osób było opoką Marvela, inni nie mogli sobie pozwolić na grymaszenie. Największe wydawnictwo komiksowe świata uważało, że właśnie ono jest właścicielem wszystkich praw do superbohaterów, którzy w nim powstawali.

Ci, którzy tworzyli komiksy, pracowali za marne pieniądze. Czas ciągle gonił, bo trzeba było zamknąć numer w terminie. O ośmiogodzinnym trybie pracy nikt nie słyszał, więc ci którzy nie wytrzymywali tempa, albo musieli sami odejść, albo byli wyrzucani z wydawnictwa. Sean Howe przywołuje tak ogromną ilość osób, które tworzyły kolejne komiksy, że nie sposób ich nawet zapamiętać. Najważniejsi z nich zostali jednak opisani bardziej dokładnie, choćby: Stan Lee, Frank Miller, Todd McFarlane, Jim Shooter i Jack Kirby.

Kiedy czytałam „Niezwykłą historię Marvel Comics” początkowo czułam się jakbym przeniosła się prosto do serialu Mad Men. W tym filmie pokazano również prężnie działającą amerykańską firmę, ale zajmującą się reklamami. W wydawnictwie komiksowym panował podobny klimat. Intrygi, układy, knucie za plecami, zdrady były na porządku dziennym. A jednocześnie kwitła wspaniała praca twórcza, która dała niespotykane wcześniej Uniwersum. Oczywiście historie nie były oderwane od ziemskiej rzeczywistości, bo to co się działo w komiksach nawiązywało do realnych wydarzeń, czy odzwierciedlało poglądy, filozofię ich twórców.

Sean Howe opisując historię firmy wydawniczej pokazuje również, jakie przemiany społeczne, kulturowe, światopoglądowe miały miejsce w Ameryce. Wszystko to odbijało się w komiksach. Mitologia, która powstała w Marvelu, nie była oderwana od tej rzeczywistości. Dlatego właśnie sięgnęłam po taką książkę, by dowiedzieć się jakie czynniki miały wpływ na powstawanie kolejnych komiksów. Historia mnie zaskoczyła, ponieważ było mi zupełnie obca. W czasie kiedy sięgałam po komiksy w sposób naturalny, czyli jako nastolatka, mogłam sobie poczytać „Tytusa”, „Kajko i Kokosza”, ewentualnie „Kapitana Klossa”. Dziś mogę przyjrzeć się Spider-Manowi, czy Fantastycznej Czwórce jako ikonom popkultury, ale przez zupełnie nowy pryzmat.

Dziękuję Wydawnictwu SQN za książkę.

„Szczęśliwa ziemia” – Łukasz Orbitowski

Szczęśliwa ziemiaŁukasz Orbitowski znalazł się w trójce kandydatów do „Paszportów Polityki”. Choć nie wygrał, chciałam poznać powieść, dzięki której uzyskał nominację do tej nagrody. Proza tego pisarza zaliczana jest do nurtu fantastyki i grozy. W związku z tym, że tak dużo się mówi o „Szczęśliwej ziemi”, postanowiłam przyjrzeć się najnowszej powieści Łukasza Orbitowskiego. Fakt, że powieść pisana jest w podobnym stylu jak książki Stephena Kinga, jeszcze mogłoby mnie nie przekonać do lektury „Szczęśliwej ziemi”. Za to osadzenie jej w polskich realiach i zwrócenie uwagi na pokolenie współczesnych trzydziestolatków zabrzmiało już niezwykle obiecująco.

Problem z tą powieścią polega na tym, że nie należy zdradzać zbyt wiele z fabuły. Autor opisuje fikcyjne miejsce – Rykusmyku. Jest to małe prowincjonalne miasteczko, które może się szczycić posiadaniem zamku. Wprawdzie są tu głównie ruiny, ale miejsce to szczyci się niechlubną sławą. W Rykusmyku mieszkają główni bohaterowie książki: Sikorka, Blekota, DJ Krzywda, Trombek i Sedes. Młodzi chłopcy wspólnie dojrzewają, mają marzenia. Żyją w cieniu zamku i właśnie on wpłynie na ich przyszłe życie.

Kiedy bohaterowie zdecydują się na zejście do podziemi zamku, wydarzy się coś, co całkowicie zmieni ich życie. Od tego momentu rozpoczyna się ich dorosłość.Trójka z bohaterów postanawia opuścić Rykusmyku. Każdy z nich ma jakiś cel w życiu. W miasteczku pozostaje tylko Szymek-Sedes. Ostatni z bohaterów słyszy w głowie „skrzek”, który go czyni bezradnym wobec życia. Nie jest w stanie niczego zrobić.

Młodzi mężczyźni, którzy wyjechali, również posiadają pewien defekt. Mają swoje pragnienia, ale realizują je na opak. Chcą miłości, bogactwa, sukcesu. Nawet, gdy dochodzą do wymarzonego celu, nie potrafią go utrzymać. Nie mają dość siły, by to, co zdobyli pielęgnować. Pokolenie trzydziestolatków opisywanych przez Łukasza Orbitowskiego skazane jest na zmarnowanie. Za szybko chcą osiągnąć coś, co nie jest realne. Patrzą na wysokie góry, a nie potrafią zdobyć małych pagórków. Nie potrafią cieszyć się z małych sukcesów. Stąd się bierze ich niechęć do wszystkiego i brak siły na zmienianie swojego życia.

W książce świat realny przeplata się z magicznym. Fantastyka jest jednak komentarzem do tego, co rzeczywiste. W podziemiach zamku mieszka tajemnicze zwierzę, które potrafi spełniać marzenia. Mamy do czynienia z archetypicznym kultem byka, który domaga się ofiar. Może pomóc, jednak żąda wysokiej ceny. Młodzi chłopcy przechodzą w ruinach zamku pewną inicjację. Po latach Bartek, Staszek i Karol wrócą  do Rykusmyku. Mają zamiar  zmierzyć się z przeszłością i spróbować cofnąć czas. Jednak Orbitowski nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi. Trudno określić jak to, co się wydarzyło w podziemiach zamku, wpłynęło na bohaterów. Widzimy jedynie ich nieudolność życiową.

Autor powieści każe czytelnikowi zastanowić się nad ludzką egzystencją. Podczas lektury „Szczęśliwej ziemi” zadawałam sobie pytanie, na ile jesteśmy w stanie wpłynąć na swój los? Może to nasza postawa nie pozwala nam sięgać wyżej, choć w młodości stawialiśmy sobie poprzeczkę na zupełnie innym poziomie? A z drugiej strony, czy człowiek potrafiłby udźwignąć nadmiar szczęścia? Czy zauważyłby, ile go posiada i docenił? Patrząc przez pryzmat własnego egoizmu bohaterom tej powieści udaje się jedynie upaść, a rzeczywistość stanie się dla nich grozą.

Przyznam, że „Szczęśliwa ziemia” nie jest łatwą lekturą, która ma jedynie przestraszyć. Niektórzy traktują grozę jako element rozrywki. Orbitowski udowadnia, że można przeplatając elementy fantastyki i realizmu, dać czytelnikowi powieść o ludzkiej egzystencji. Przerażać może to, że jest to książka o nas samych. Zależy tylko, jak wybraliśmy między „mieć” a „być”.

Dziękuję za powieść Wydawnictwu SQN.

The Beatles. Jedyna autoryzowana biografia – Hunter Davies

The BeatlesNiektórzy twierdzą, że wszystko zaczęło się od Elvisa Presleya. Natomiast w Anglii szaleństwo zainicjowali Beatlesi. W każdym razie, dzięki nim muzyka rozrywkowa rozkwitła i doprowadzała nastolatki do histerii. Hunter Davies pisał o tym zespole między 1967 a 1968 rokiem, ale nie wiedział jeszcze, że Beatlesi za chwilę się rozpadną. Dlatego książka jest tak ważna dla miłośników tej grupy. Obserwujemy grupę, kiedy jest u szczytu sławy. Możemy cofnąć się do niezwykle ważnego momentu. Autor pisząc swoją biografię nie miał pojęcia jeszcze jak istotny będzie 1968 rok. Nie tylko dla fanów grupy The Beatles, ale dla całej kultury.

Hunter Davies może się szczycić tym, że napisał jedyną autoryzowaną biografię zespołu The Beatles. Czerpał informacje u źródeł: rozmawiał z członkami grupy, ich rodzinami, przyjaciółmi, współpracownikami. Uzyskał mnóstwo informacji, z których wybrał te najważniejsze – by książka nie była zbyt obszerna – choć i tak liczy ponad 550 stron.

Autor biografii uznał, że z perspektywy czasu, należy wzbogacić dzieło dokładną przedmową. W niej wyjaśnia pewne istotne sprawy. Przede wszystkim, po latach, wypłynęło kilka nieścisłości. Inne zagadnienia nie mogły być umieszczone w oryginale, a teraz nic nie stoi na przeszkodzie, by mówić o nich wprost. Hunter Davies stwierdził, że przez biografię wprowadził do życia pewną legendę. Bliscy Johna Lenona podawali, jakoby muzyk miał się urodzić w czasie bombardowania Londynu. Dopiero inny badacz sprawdził, że to niemożliwe. Tego dnia akurat nie było żadnego nalotu hitlerowców na miasto.

Książka „The Beatles” podzielona została na trzy części. W pierwszej poznajemy głównych bohaterów. Bez Johna, Paula, George’a, Ringo, nie byłoby tej biografii. Hunter Davies nakreślił sylwetki innych ważnych osób. Tych, którzy przyczynili się do powstania grupy The Beatles oraz wpłynęli na rozwój i kształt zespołu. Nie mogło zabraknąć choćby przygody Johna z zespołem The Quarrymen. Pojawia się Stu, czyli Stuart Sutcliff. Członek zespołu, który zmarł przedwcześnie w 1962 roku. Miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Poznamy burzliwe początki zespołu, dowiemy jak powstał skład najsłynniejszej grupy świata. Hunter Davies odpowie na pytanie, kto wpłynął na wizerunek The Beatles, taki który pozwolił im się wyróżnić spośród innych grup? Sama historia Briana Epsteina zajmuje cały rozdział książki. Autor wspomina w przedmowie o jego homoseksualizmie i obala mity na temat jego śmierci (zmarł w wyniku zażycia zbyt dużej ilości leków, ale nie było to samobójstwo). Prócz osób, istotne są też miejsca. One w pewnym stopniu stają się bohaterami tej biografii. Dla Beatlesów Liverpool, Hamburg, klub Casbah były niezwykle ważne.

Druga część książki opowiada o Beatlesach u szczytu sławy. Dzięki autorowi książki, trasy koncertowe, Beatlemanię, podróże do Stanów Zjednoczonych, Szwecji, oglądamy niemal jak świadkowie wydarzeń. Nie zabraknie opowieści o tym, w jaki sposób Beatlesi korzystali z uroków swej popularności, czy jak dbali o duchowość.

Ostatnia część z jednej strony jest charakterystyką członków grupy The Beatles, a z drugiej dotyczy ich muzyki. Davies próbuje przyjrzeć się warsztatowi pracy zespołu. Pisze o kolejnych utworach, ale stara się pokazać, jak Beatlesi pracowali. Wyjaśnia źródła, motywy i schematy działania. Najbardziej zaskoczyło mnie, że niektóre utwory Beatlesów miały być żartem, a dziś tego nikt już nie pamięta. Utwór „Lady Madonna” powstał jako pastisz, a „All You Need Is Love” jako autoparodia. Cóż – czas wszystko rozmył…

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się jak żyli i mieszkali Beatlesi w 1968 roku, warto prześledzić tę książkę. Bardziej wartościowe jest to, że Daviesowi udało się, w ciągu osiemnastu miesięcy towarzyszenia Beatlesom, skłonić ich do zwierzeń. Zwykle przecież muzycy robili sobie żarty podczas spotkań z dziennikarzami i nie pokazywali prawdziwego oblicza. Trudno uwierzyć, ile czasu minęło od napisania tej biografii. Stąd obszerne przedmowy i posłowia. Hunter Davies pisząc książkę musiał pójść na wiele kompromisów. Choć świat już się zmieniał, on przecież nie mógł burzyć idealnego wizerunku gwiazd. Myślę, że i tak był odważny. Wspomniał przecież o kilku kontrowersyjnych sprawach. I – co ciekawe – muzycy pozwolili mu umieścić te informacje. Można odnaleźć wzmianki o tym, że członkowie grupy sięgali po narkotyki. Wszystkie wątpliwości, niedopowiedzenia, uzupełnia po latach.

Pod koniec lat sześćdziesiątych następowały przemiany obyczajowo-kulturalne. Beatlesi mieli na nie wpływ, choć może też potrafili odnaleźć się w tym szaleństwie. Byli młodzi, rozumieli doskonale, czego pragną ich rówieśnicy, jacy są. Przy okazji czytania tego materiału jesteśmy świadkami owych przemian. Widzimy je nie z dystansu, a od środka. Na tym polega właśnie wartość tej biografii. Poznajemy Beatlesów, ale i czasy, które ich ukształtowały. Książek o najsłynniejszej grupie świata jest sporo, ale ta zwana jest biografią-matką, od której należy zaczynać poznawanie zespołu.

Dziękuję Wydawnictwu SQN za biografię.