„Schwedenkräuter” – Zbigniew Kruszyński

Schwedenkräuter, Zbigniew KruszyńskiZbigniew Kruszyński zadebiutował w 1995 roku powieścią „Schwedenkräuter”. Teraz mamy okazję sięgnąć po wznowienie tej książki. Ostatnio o autorze słyszałam za sprawą powieści „Kurator”. Od czego zaczynał Zbigniew Kruszyński? Warto dodać, że pisarz jest lingwistą oraz tłumaczem. Przez dziesięć lat mieszkał z rodziną w Szwecji. Wyjechał, gdyż otrzymał od władz komunistycznych paszport w jedną stronę, za to że działał w opozycji.

Wspominam o epizodzie emigracyjnym Zbigniewa Kruszyńskiego, gdyż debiutancka powieść tego autora „Schwedenkräuter” odwołuje się do jego osobistych doświadczeń. Jednak nie można powiedzieć, by sama historia miała charakter autobiograficzny. Bohater książki jest z lingwistą z wykształcenia, a na swój los patrzy przez pryzmat języka. Czytaj dalej

„Analfabetka, która potrafiła liczyć” – Jonas Jonasson

Analfabetka, która potrafiła liczyć - Jonas Jonasson, Autor książki „Analfabetka, która potrafiła liczyć” stał się sławny dzięki powieści „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Zresztą ta ostatnia powieść została zekranizowana i właśnie dzięki niej postanowiłam sięgnąć po „Analfabetkę, która potrafiła liczyć”. W filmie zaskoczył mnie absurdalny humor i nieoczekiwane zwroty akcji. Ciekawa byłam, czy druga książka Jonassona wydawana w Polsce, będzie napisana w podobnym stylu.

Główną bohaterką powieści „Analfabetka, która potrafiła liczyć” jest Nombeko, żyjąca w największej dzielnicy slamsów w Republice Południowej Afryki. Jej szanse na przeżycie są niemal równe zeru. Matka alkoholiczka i narkomanka, samotnie wychowująca dziecko – czy raczej wykorzystująca Nombeko. Tytułową postać poznajemy, kiedy ma czternaście tat, a od dziewięciu zajmuje się oczyszczaniem latryn. W związku z tym nie potrafi czytać i pisać. Nikt też się nie przejmuje jej losem. Jednak dziewczynka ma dar – potrafi świetnie liczyć. Żeby jednak posiąść umiejętność posługiwania się alfabetem, potrzebuje pomocy. Otrzymuje ją od niedoszłego gwałciciela. Czytaj dalej

„Matka Makryna” – Jacek Dehnel

Matka MakrynaNie miałam jeszcze do czynienia z twórczością Jacka Dehnela, chociaż wielokrotnie spotykałam się z pozytywnymi opiniami na temat książek tego autora. Udało mi się sięgnąć po „Matkę Makrynę”, która przyznam szczerze, zbiera różne opinie. Jednych powieść zachwyca, inni są mocno zawiedzeni.

Ostatnia książka Jacka Dehnela opowiada o oszustwie niemal doskonałym. Postać tytułowa żyła naprawdę w XIX stuleciu, a pisało o niej wielu: od Adama Mickiewicza zaczynając, po Juliusza Słowackiego, Cypriana Norwida czy Zygmunta Krasińskiego. Dopiero w latach dwudziestych ubiegłego wieku odkryto mistyfikację. Czytaj dalej

„Marynarka” – Mirosław Tomaszewski

MarynarkaNiektórzy nie zaprzątają sobie głowy historią. A przecież można ciekawie opowiedzieć o przeszłości ludzi, czy o historii przedmiotów. Jak choćby o takiej pozornie zwykłej marynarce. Jednak książka o której będzie mowa, nie jest ani pozycją historyczną, ani też podręcznikiem na temat dziejów owej części męskiej garderoby. Mirosław Tomaszewski napisał obyczajowo-sensacyjną powieść, w której akcja dzieje się w czasach współczesnych. Jednak ważną rolę odgrywa w niej Grudzień 1970.

Akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w Gdyni w 2005 roku. Autor przenosi nas również do 1970 roku – jest to oś fabuły, a my mamy okazję poznać wydarzenia pamiętnego Grudnia i zobaczyć, jak historia wpływa na teraźniejszość. Wszystkie wydarzenia przedstawione w „Marynarce” są pokazane tak, że musimy sami poukładać kolejne wątki, dzięki temu w książce cały czas narasta napięcie.

Warstwa współczesna również trzyma czytelnika do końca w niepewności. Niemal do ostatnich stron powieści nie mamy pojęcia, jak postąpią bohaterowie, ponieważ nie są schematyczni, ani przewidywalni. Najważniejszym z nich jest Adam, syn ofiary Grudnia, były wokalista oraz buntownik. Bohater nosi pseudonim artystyczny – Smutny. Odpowiada on temu, jak przebiega życie tej postaci. Adam kiedyś punkowiec, dzisiaj jest zwykłym nieudacznikiem. Nie potrafi utrzymać dłużej związku, nie umie odnaleźć się w żadnej pracy.

W noc sylwestrową 2004 roku ginie pewien chory na raka fotograf. Dwaj mordercy zabierają z jego mieszkania teczkę. Po kilku miesiącach do redakcji „Głosu Bałtyckiego” przychodzi mężczyzna, który chciałby, żeby powstała książka na temat Grudnia 1970 roku. Rewelacje jakie przynosi, mają zmienić spojrzenie na ten okres. Zlecenie otrzymuje Nina, bardzo zdolna dziennikarka. Kobieta ta zwiąże się z Adamem. Jak się okaże, będzie to trudny związek dojrzałych bohaterów. Różnią ich przede wszystkim poglądy natury etycznej, ale nie tylko. Główny bohater pozna bogatego Karola Jarczewskiego i otrzyma przez chwilę ułudę bogactwa. Jednak, czy jest to moralnie poprawne?

Adam dowiaduje się pewnych faktów na temat okoliczności śmierci swojego ojca. Od tego momentu w czytelniku zaczynają rodzić się pytania. Jak my zachowalibyśmy się w podobnej sytuacji? Chichot historii polega również na tym, że kiedy były punkowiec zaczyna odkrywać swoją przeszłość, umiera Jan Paweł II. Czy Adam będzie potrafił postąpić zgodnie z jego naukami i wybaczyć tym, którzy wyrządzili mu tak wielką krzywdę? I czy musi to zrobić? Darowanie win nie jest tu tak istotne.

Mirosław Tomaszewski zadbał o to, by postacie które kreuje, nie były jednoznaczne, ani papierowe. Zarówno ofiar Grudnia, jak i tych stojących po drugiej stronie nie można łatwo zaszufladkować, przez co stają się bardziej wiarygodni. Czy ten, który pociągnął za spust, był zły do szpiku kości? Kiedy na jaw wyjdzie fakt, kto strzelał do stoczniowców, sprawiedliwości domagają się młodzi ludzie. Osoby, które nawet nie były wtedy na świecie – protestują, pikietują i obrzucają dom mężczyzny jajkami i kamieniami. Autor w ten sposób wskazuje, jak łatwo przekroczyć tę cienką nić, by zacząć podążać w kierunku zła.

Książka Mirosława Tomaszewskiego została tak napisana, że wydaje się być niemal gotowym materiałem na film fabularny. Takim, w którym akcja jest bardzo wartka i cały czas trzyma w napięciu. Zresztą autor napisał aż 170 scenariuszy do trzech seriali telewizyjnych.  Podoba mi się też to, że bohaterom wciąż towarzyszy muzyka – jeśli ktoś nie zna utworów, o których mowa w tekście, warto ich poszukać w internecie. Mirosław Tomaszewski w interesujący sposób opowiedział wiarygodną historię, wystrzegając się nadawania bohaterom łatek. Zamiast tego mamy marynarką z dziurą na plecach – rzecz, która spaja przeszłość i teraźniejszość – oraz prowokuje do zastanowienia się nad tym, komu zawdzięczamy naszą wolność?

Dziękuję za powieść autorowi i zapraszam do odwiedzenia bloga Mirosława Tomaszewskiego: http://tomaszewski.edumuz.pl/wordpress/

Ida Fink – „Wiosna 1941”

Wiosna 1941Ida Fink ocalała z Zagłady. Była córką żydowskiego lekarza i nauczycielki. W 1942 roku razem z siostrą uciekła ze zbaraskiego getta i ukrywała się po aryjskiej stronie. Przeżyła, a po kilkudziesięciu latach zaczęła pisać, skupiając się na tematyce Holocaustu. Sięgnęłam po wydaną jakiś czas temu książkę tej autorki – „Wiosna 1941”. Jest to zbiór ponad dwudziestu krótkich opowiadań. Można również obejrzeć film Ubi Barasha pod tym samym tytułem, oparty na prozie Idy Fink.

Mam za sobą wiele książek poruszających tematykę Szoah. Wiele napisano, by ocalić pamięć tych, którzy zginęli tylko dlatego, że urodzili się Żydami. Jednak ta książka jest wyjątkowa. Autorka pisze bowiem w sposób niezwykle lakoniczny, a jednocześnie zarysowuje cały świat, pełen obrazów oraz emocji.

Gdybym miała się skupić na opisach przyrody, oszczędnych wprawdzie, ale jednocześnie niezwykle sugestywnych, uznałabym, że jest tak jak zawsze. Zmienna pogoda, wschodzące słońce, podobnie jak każdego innego dnia. Tyle, że dla niektórych będzie to ostatni deszcz, czy wschód słońca. Świat się nie zmienił, za to sytuacja niektórych ludzi – owszem. Następuje walka o przetrwanie, gra toczy się o najwyższą stawkę: o życie.

Sielski świat opisywany przez Idę Fink, co jakiś czas zostaje zaburzony. Choć to co mąci ten niezmienny rytm, dzieje się tylko przez chwilę, wytrąca nas z równowagi. Autorka pisze o życiu zwykłych ludzi, którzy zostają postawieni w sytuacji zagrożenia. Jedni szybko uświadamiają sobie, co należy robić. Inni przegrywają na samym początku. Natomiast czytelnik wciąż zadaje sobie pytanie, ile trzeba poświęcić, by przeżyć? Za jaką cenę?

W opowiadaniu „Zabawa w klucz” zdesperowani rodzice szkolą dziecko, by pytane odpowiadało, że jego ojciec nie żyje. Bo tylko tak mężczyzna może przetrwać, a przecież maluchy nie potrafią kłamać. Szkolenie przypomina tresurę, dziecko musi się nauczyć reagować na dźwięk dzwonka. Cała akcja kojarzy się czytelnikowi z poczynaniami Pawłowa, ale stawką jest życie ojca rodziny. Równie poruszająca jest historia opowiedziana w „Wiosennym poranku”. Aron, który chce ocalić swoją pięcioletnią córeczkę, każe jej się wybrać samej do kościoła. On z żoną udają się do transportu, nie mają się gdzie skryć, więc w ostatnim akcie pragną uratować córeczkę. Mają błędną nadzieję, że przed świątynią ludzie nie odważą się wydać kilkulatki.

Historie opowiedziane przez Idę Fink są niezwykle sugestywne. Dzięki opisom zwykłego życia, uświadamiamy sobie, że opisane sytuacje mogłyby się wydarzyć wszędzie i zawsze. Autorka nie zawsze precyzuje, kim są opisywani przez nią ludzie. Łatwo nam się jednaka domyślić o jakie czasy chodzi. Świetnie opisano stopniowanie zagrożenia, oswajanie się z tym, co właściwie nie jest możliwe do zaakceptowania.

Pierwsza zmiana w świecie następuje poprzez język. Bohaterowie inaczej zaczynają określać czas. Nie mówią, że dane wydarzenie miało miejsce w maju, tylko „po pierwszej akcji”. Bardzo znaczące, jak właśnie słowa oswajają zagrożenie. Zresztą nikt nie był lepszy w eufemizmach, niż naziści – bo jak się obawiać wyrażenia „obóz pracy”? Do kolejnych zamian ludzie przyzwyczajają się w zastraszającym tempie, dlatego nie buntują się, a tylko niektórzy pragną zmienić swój los.

Zbioru „Wiosna 1941” nie da się czytać bez emocji. Zaskakujące jest, jak wiele uczuć potrafiła oddać Ida Fink posługując się tak skondensowaną formą, jaką jest opowiadanie. Choć zaledwie szkicuje ona obrazy i sceny, poruszają one czytelnikiem do głębi. Towarzyszymy ofiarom w ich indywidualnych przeżyciach, poznając bliżej naturę człowieka. Bo choć mowa przede wszystkim o ofiarach nazizmu, jesteśmy przy nich, gdy kochają, cierpią, próbują przeżyć. Spotyka ich wszystko, co przeciętnych ludzi, tyle że w nieco innych niż zwykle okolicznościach…

„Noc żywych Żydów” – Igor Ostachowicz

Noc żywych Żydów„Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza to pozycja, która dostała się do finałowej siódemki książek nominowanych do Nagrody Nike 2013. Już od dłuższego czasu miałam ochotę po nią sięgnąć, ponieważ czytałam sporo pozytywnych recenzji na jej temat. Trafiłam na powieść, w której autor posłużył się groteską.

Wydaje się, że kluczem dla tej powieści jest fakt, iż Warszawa to wielkie cmentarzysko, choć niewiele osób sobie to uświadamia. Główny bohater książki mieszka na Muranowie, przy ulicy Anielewicza. Zajmuje się glazurnictwem, mimo że jest wykształconym człowiekiem i posiada tytuł magistra. Jego życie obraca się wokół pieniędzy, których szelest go uspokaja. Właściwie liczą się tylko gadżety i święty spokój.

Ów porządek zostaje raz na zawsze zburzony, kiedy z piwnic zaczną wychodzić Żydzi. Są wprawdzie martwi, a jednak w jakiś sposób żywi. A glazurnik-antybohater stanie się ich głównym obrońcą i przywódcą, ponieważ wraz z Żydami, pojawiają się neonaziści, którymi kieruje Zupełnie Zły. Zanim dojdzie jednak do ostatecznej walki, główna postać będzie musiała przemyśleć swoją rolę.

Do mieszkania glazurnika trafią żydowskie dzieci. „Trupki” nie będą chciały być nazywane Rachel i Dawid, bo wybiorą sobie bardziej współczesne imiona – Rejczel i Dejwid. Spodoba im się muzyka z dwudziestego pierwszego wieku, iPody oraz gry komputerowe. Wbrew sobie główny bohater stanie się ich sponsorem, bo kiedy martwi Żydzi trafią do centrum handlowego Arkadia, wpadną w wir zakupów, a on nie będzie potrafił im odmówić.

Autor nieprzypadkowo wybrał to miejsce. Właśnie tam, gdzie zbudowano Arkadię, była wcześniej lokomotywownia, z której pociągi odchodziły do Treblinki. Dopiero kiedy Żydzi zaczną wychodzić z piwnic, bohater książki Ostachowicza, uświadomi sobie, gdzie właściwie mieszka. Przypomni sobie, czym było getto oraz jak tam skończyło się powstanie. Zda sobie sprawę, ile ofiar zostało pogrzebanych pod ziemią w jego dzielnicy. Tyle, że teraz martwi zaczynają dochodzić do głosu. Powstają z grobów, ponieważ nikt ich nie zdążył opłakać. Wychodzą z piwnic jako zombie.

Groteskowe wizje Ostachowicza widoczne są na dwóch poziomach. Pierwszy stanowi główne tło powieści z Żydami wyłaniającymi się z muranowskich piwnic. Drugi poziom to  fantasmagoryczne wizje pobytu głównego bohatera we franczyzowym Auschwitz oraz spotkanie z doktorem, który karmi go bulionem z napletków odciętych antysemitom.

Książka „Noc żywych Żydów” napisana została językiem popkultury, choć odnosi się do tematu, o którym zazwyczaj mówi się w niezwykle poważny sposób. Dotyka problemu żydowskiego posługując się obrazami znanymi z horrorów. Ostachowicz pokazuje nam klisze, które przede wszystkim kojarzą się współczesnym odbiorcom z filmami Tarantino, albo horrorami klasy B. Autor łączy obrazy okrucieństwa z komediowym językiem

Igor Ostachowicz udowodnił, że o tak trudnym temacie można mówić posługując się groteską, ale bez przekraczania granic dobrego smaku. Wyszedł mu ciekawy i świeży obraz. Forma, której użył zaskakuje, ponieważ prowokuje, a jednocześnie oswaja z problemem. Już nie tylko widzimy martyrologię Żydów z drugiej wojny światowej poprzez prozę Tadeusza Borowskiego. Dostajemy całkiem nową wizję.

Jednak Ostachowicz nie tylko pisze o Żydach. Przede wszystkim pokazuje współczesnego Polaka. Przyglądamy się głównemu bohaterowi, który w zasadzie jest jeszcze bardziej martwy, niż zombie wychodzący w piwnicy. Kiedy jednak zostaje postawiony w sytuacji zagrożenia, potrafi przeciwstawić się złu. Podejmuje rękawicę i nagle przemawiać zaczynają do niego ideały, o których do tej pory mógł jedynie słyszeć na lekcjach historii. Budzi się w nim poczucie empatii oraz odpowiedzialność. Być może w ten sposób autor pokazuje, że wciąż mamy możliwość wyboru – wystarczy tylko wziąć sprawy w swoje ręce, by stać się lepszym? A może to tylko fantasmagorie i pobożne życzenia?