Wpływ WOŚP na ukulturalnianie narodu…

WOSP 2014Kiedy ludzie są dla siebie najmilsi? Jeśli chodzi o rodzinę, oczywiście w Wigilię. Ale jest taki jeden dzień w roku, kiedy każdy może okazać drugiemu człowiekowi serce. Mam na myśli wczorajszy 22. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A że dzięki niemu, choć przez chwilę możemy się stać lepsi, nie ulega wątpliwości. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli.

Jak to wygląda w tak małych społecznościach, jak moja? Muszę przyznać, że nie odbywają się tu wspaniałe koncerty znanych zespołów. Nie spotkacie celebrytów i gwiazd. Za to możecie mieć okazję, by uwierzyć w drugiego człowieka. Takie akcje odbywają się w szkołach i są organizowane przez nauczycieli, rodziców a przede wszystkim przez młodzież i dzieci.

Gmina, w której mieszkam, liczy niewiele ponad 5 tys. mieszkańców. Są tu dwie szkoły. I w każdej z nich odbywał się finał WOŚP. Jak to wygląda od kuchni? Dzieciaki pod okiem opiekunów od września przygotowywały występy. Organizatorzy szukali sponsorów, zachęcając do udziału w akcji. Samo wycinanie serduszek zajęło kilka dni, udekorowanie sal, to kolejne kilka wieczorów… Do akcji włączyli się rodzice – ktoś musiał uszyć stroje, dla młodych aktorów, ktoś upiekł ciasta, inni zajęli się przyrządzaniem dań z kuchni regionalnej.

Co można robić podczas takiej akcji w małej, lokalnej społeczności? Dzieciaki prezentowały swoje talenty wokalne, teatralne, kabaretowe, czy gimnastyczne. Cały wieczór wypełniony został tego typu atrakcjami. Mój sześcioletni syn zachwycał się występem małych baletnic, córka mogła się wykazać w różnego rodzaju występach (śpiewała, tańczyła, recytowała). Kultura kwitła – w środku zimy… Moim dzieciom bardzo się podobało, że już miały okazję skorzystać w swym życiu ze sprzętu zakupionego przez fundację Owsiaka. Zrozumiały o co chodzi w tej szalonej imprezie. Nawet młodzież, która na co dzień niechętnie udziela się społecznie, potrafiła się wykazać. Szkolne urwisy serwowały frytki, piekły gofry, robiły kawę – nikt ich nie zmuszał, a trzeba było poświęcić wolne popołudnie.

Myślę, że w takie dni jak wczoraj, można odzyskać wiarę w człowieka. Młodzież pokazała, że im zależy. Dali z siebie wszystko. A niby my, dorośli powinniśmy być dla nich wzorem. Jeśli słyszę zatem głosy krytyczne pewnych polityków, jest mi wstyd. Cieszę się, że większość biorących udział w tej akcji, nie zetknęła się z tymi opiniami. Zbyt zajęci byli pomaganiem potrzebującym…

Odeszła Doris Lessing…

Kiedy w 2007 roku Doris Lessing otrzymała Literacką Nagrodę Nobla miała 88 lat. Jednak potrafiła z pewną ironią powiedzieć, że nagrodzono ją w tym momencie, bo jury bało się, że „wykituje”. A jak wiadomo, autor może zostać uhonorowany Noblem tylko za życia.

Właśnie dowiedziałam się, że ta wybitna pisarka odeszła. Pozostawiła po sobie kilka niezwykle ważnych dzieł. Miałam okazję przeczytać jej „Piąte dziecko” i „Podróż Bena”. Niewiele, a jednak te niepozorne pod względem objętości książki, pokazały mi, jak ważną była twórczynią. Już jej życie byłoby świetną okazją do napisania powieści, a jednak potrafiła stworzyć o wiele więcej.

Mam nadzieję, że moja podróż literacka z Doris Lessing jeszcze się nie skończyła. Chciałabym poznać całą jej twórczość. Szkoda, że dopiero takie sytuacje przypominają, ile ważnych dzieł jeszcze przede mną.

Setna rocznica urodzin Andrzeja Bobkowskiego – „chuligana wolności”

Szkice piórkiemNiewiele osób wie, kim był Andrzej Bobkowski. Dlaczego tylko nieliczni mieli okazję zapoznać się z jego twórczością? Przyczyną może być fakt, że ten pisarz był zakazany w czasach PRLu, ponieważ jego poglądy były nie do przyjęcia przez ówczesne władze. Dzisiaj można już o nim mówić, więc czas to zrobić.

Gdyby żył, wczoraj skończyłby sto lat. Z okazji jego urodzin różne instytucje postanowiły przybliżyć odbiorcom kultury tego wybitnego człowieka. Najciekawsze informacje, bo przedstawione w interesujący sposób, które mogą zainteresować wielu oraz stanowić niezłe źródło informacji na temat tego „chuligana wolności”, są dostępne tu:

Wirtualna wystawa poprzez platformę Google Cultural Institute;

Polskie Radio.

Uważam, że  Andrzej Bobkowski był świetnym diarystą. Jego „Szkice piórkiem” są dziennikami, które można śmiało położyć na półce obok dzieł Gombrowicza. Tyle, że zostały napisane w zupełnie innym stylu. Zresztą i okoliczności ich powstania były nieco inne.

Andrzej Bobkowski „Szkice piórkiem”  pisał podczas drugiej wojny światowej, we Francji. Zapiski prowadzone były od maja 1940 do sierpnia 1944 roku. Wybór dat nie był przypadkowy, ponieważ dziennik powstawał w latach, kiedy Francja zanalazła się pod niemiecką okupacją. Kraj-ideał, tak uwielbiany przez Bobkowskiego nagle sięgnął bruku i właśnie to skłoniło autora do pisania. A obserwował go z perspektywy kierownicy rowerowej, ponieważ próbował dostać się do ukochanej Basi do Paryża. Przemierza Francję i notuje. Szuka i odnajduje ciekawe zestawienia np. symbolu zwycięstwa – łuku Carroussel – z maszerującym oddziałem wojsk nazistowskich.

Obrazki z życia codziennego Paryża pod okupacją niemiecką są niezwykłe. Bobkowski do tworzenia opisów wykorzystuje wszystkie zmysły, choć najważniejszym z nich jest wzrok. Dzięki temu w intensywny sposób odczuwamy tamten klimat.

Bobkowski w „Szkicach piórkiem” w fascynujący sposób opowiada o regułach wojennej rzeczywistości we Francji, zachowania Francuzów i okupantów. Fascynuje go Paryż, ale widać, że jest to miłość zawiedziona. Wszystko przez postawę Francuzów podczas drugiej wojny światowej. Opis miasta upadłego zaskakuje, bo jego mieszkańcy za wszelką cenę chcą być tacy, jak przed wojną. Nie liczy się honor, a obłuda paryżan jest widoczna na każdym kroku.

Szkoda, że takie dzieło znane jest tylko nielicznym. Ale może się mylę? Wprawdzie sama czuję niedosyt, ponieważ nie znam tak dobrze tego pisarza, jak bym chciała. Nawet samych recenzji na temat jego twórczości jest mało. Myślę, że takie nagłaśnianie spowoduje, że Bobkowski stanie się szerzej znany. Choć nie pokusiłabym się o stwierdzenie – popularny…

Literacki Nobel dla Alice Munro

Taniec szczęśliwych cieniWreszcie się doczekałam. Właśnie dzisiaj moja ulubiona pisarka otrzymała Literackiego Nobla. Chociaż raz udało mi się trafić, ponieważ właśnie za Alice trzymałam wszystkie dostępne mi kciuki…

W sumie moja przygoda z Munro jest jakaś taka niepełna. Przeczytałam jej debiutancki zbiór opowiadań i ten ostatni. Teraz mam w rękach „Przyjaciółkę z młodości”, ale jeszcze jej nie skończyłam… Jedno za co uwielbiam tę kanadyjska pisarkę, to sposób kreacji świata. W krótkim opowiadaniu tworzy jego schemat, ale daje czytelnikowi kredki, którymi trzeba sobie ten świat dopisać… Ale nie chodzi o to, że są to historie niedokończone. Raczej musimy pomyśleć, co dzieje się we wnętrzu głównych bohaterów.

Już  w  debiutanckim „Tańcu szczęśliwych cieni” widać kunszt noblistki (jak miło móc toDrogie życie słowo napisać). Z kolei ostatni tom opowiadań „Drogie życie” jest już czystym majstersztykiem. Nasunęło mi się jedno skojarzenie, że Munro jest odpowiedniczką Wisławy Szymborskiej, ale działającą w krótkiej formie zwanej opowiadaniem. Mam tylko jedno marzenie, że Munro da się złamać i napisze jeszcze jakiś tom. Z czystym sumieniem mogę tę pisarkę polecić wszystkim. Nie trzeba się bać jej twórczości, bo tak niekiedy dzieje się, kiedy autor dostaje Nobla. Wtedy przypina mu się łatkę – trudnego. Czytajcie Munro, bo jej proza jest piękna, ale odbiór nie jest trudny.

Joanna Chmielewska…

Wczoraj dzięki Literackiej Nagrodzie Nike było miło i wesoło. O ksiązkach było wreszcie głośno. Dziś zrobiło się znacznie bardziej poważnie, ponieważ zmarła – licząca sobie 81 lat – Joanna Chmielewska.

Oczywiście zebrało mi się na wspominki nieco sentymentalne. Co powiedziałaby na to sama pisarka? Pewnie obróciłaby wszystko w żart. W czasie szarugi PRLowskiej jej książki wnosiły sporo humoru pod strzechy. Sama się na jej żartach wychowywałam. Nikt mnie nie zmuszał. I po niemal dwudziestu latach, odkąd zaczęłam przygodę z tą pisarką, stwierdzam, że nikt z polskich autorów tak mnie nie bawił…

Do dziś pamiętam parę cytatów z jej powieści. Tych tzw. ambitnych nie byłabym w stanie zapamiętać w spontaniczny sposób. A Chmielewską się wchłaniało, aż do bólu brzucha – ze śmiechu oczywiście. Moim ulubieńcem był Lesio… Teraz czekam na następców. Tylko jakoś żadnych nie widzę, ale może nie szukam zbyt głęboko… Anglia ma swój specyficzny humor w stylu Monty Pythona, a my mamy Chmielewską. Polecam na chandrę i jesienną szarugę.