Małe podsumowanie 2018 roku

książki i rowerNiemal każdy bloger książkowy pod koniec roku zaczyna zastanawiać się, jakie były te tytuły, które miał okazję poznawać? Która historia najbardziej utkwiła mu w pamięci, albo poruszyła? Rodzi się pytanie, ile ich tak właściwie było – książek, którym poświęciliśmy swój czas? Matematyka nie jest moją mocną stroną, ale wszelkie znaki na niebie wskazują na to, że zrecenzowałam ponad 170 tytułów. Tak naprawdę przeczytałam trochę więcej książek, ale jeśli kogoś interesuje, jakie one były, wystarczy zajrzeć na spis recenzowanych tytułów i przejrzeć listę recenzji z 2018 roku.

Trudno wymienić tylko jedną książkę, który szczególnie zapadła mi w pamięć. Na szczęście nie muszę tego robić, choć przyznam, że sporo jest tytułów, które w ubiegłym roku były warte uwagi. Szczególnie trylogia Stanisława Grzesiuka, a także „Podwójne życie reporterki” Remigiusza Grzeli, „Lud” Ilony Wiśniewskiej – tutaj mamy do czynienia z literaturą faktu.

Jeśli chodzi o polską prozę, to na pewno warto sięgnąć po „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, Marcina Wichy, powieść „Tylko Lola” Jarosława Kamińskiego czy „Królestwo” Szczepana Twardocha. Wiele tytułów wciąż przede mną, bo chciałabym poznać choćby „Ucho igielne” Wiesława Myśliwskiego i książkę Magdaleny Grzebałkowskiej pt. „Komeda”. Oczywiście lista mogłaby się znacznie wydłużyć, ale dopiero zacznie się czas nagród, a to one często mnie przekonują do sięgnięcia po wartościową książkę, z którą wcześniej nie miałam do czynienia.

Dzięki festiwalowi Literacki Sopot miałam okazję poznać wielu pisarzy zagranicznych, tym razem tworzących w języku francuskim, choć największą gwiazdą była brytyjska autorka, Zadie Smith. Doczekałam się wreszcie nowej powieści Salmana Rushdiego, Murakamiego czy Isabel Allende. Nie zapomniałam też o lokalnym promowaniu czytania, między innymi działając w DKK dla dzieci i dorosłych.

W 2018 roku zaczęłam rozwijać kolejną pasję. Jest nią kolarstwo szosowe. Brakuje mi tylko jednego, dłuższej doby by wszystko ze sobą pogodzić. Rodzina, praca, własne zainteresowania… i nie mam czasu na sen. Aktywność fizyczna, a dokładniej jazda na rowerze, zajęła mi w ubiegłym roku 208 godzin. Aplikacje komputerowe pozwalają jakoś to sobie lepiej wyobrazić, bo ponoć prawie cztery razy wjechałam na Mount Everest. Zresztą szczegóły możecie zobaczyć poniżej:veloviewer

  1. Łał, liczby robią wrażenie (zarówno te czytelnicze jak i kolarskie). Super, że wysiłek fizyczny udało Ci się tak dobrze połączyć z aktywnością umysłową.

Skomentuj Dominika Fijał Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *