„Wszystko, co lśni” – Eleanor Catton

Wszystko, co lśniPamiętam z dzieciństwa, że co jakiś czas lubiłam przenosić się do świata, w którym ważna była podróż w połączeniu z przygodą. Poszukiwacze złota, odkrywcy źródeł rzek, pociągający był każdy obieżyświat. Tyle, że chyba wyrosłam z takich historii. Tak myślałam, dopóki nie sięgnęłam po powieść Eleanor Catton pt. „Wszystko, co lśni”.

Zwróciłam uwagę na tę książkę w momencie, kiedy dowiedziałam się, że autorka w ubiegłym roku otrzymała za nią Nagrodę Bookera. Eleanor Catton to dwukrotna rekordzistka, ponieważ jej powieść jest najdłuższą w historii książką nagrodzona Bookerem, oprócz tego autorka jest najmłodszą zdobywczynią tego prestiżowego literackiego trofeum. Czytaj dalej

„Muza Claudela” – Thérèse Mourlevat

Muza ClaudelaWciąż znane jest (mam nadzieję nieaktualne) powiedzenie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Wydaje mi się, że do pewnego momentu w dziejach świata nie chciano słuchać tego, co mogłyby powiedzieć muzy wielkich artystów. Wprawdzie były inspiracją, źródłem dającym natchnienie, a jednak uwaga skupiała się na dziełu, albo twórcy. Skoro jednak człowiek potrafi być dla drugiego tak ważny, że stanowi klucz dla twórczości – może istotnie miał coś ciekawego do powiedzenia? Czytaj dalej

„Czarne skrzydła” – Sue Monk Kidd

Czarne skrzydłaWczoraj w księgarniach pojawiła się książka pt. „Czarne skrzydła”  amerykańskiej pisarki Sue Monk Kidd. Autorka została wybrana do klubu książek Oprahy Winfrey, a w Stanach oznacza to spory sukces. Poprzedni tytuł Sue Monk Kidd: „Sekretne życie pszczół” stał się światowym bestsellerem.

„Był czas, kiedy ludzie w Afryce potrafili latać. Tak pewnej nocy powiedziała mi mauma. Miałam wtedy dziesięć lat”. Tymi słowami rozpoczyna się ta historia. Jej głównymi wątkami są losy czarnoskórej Hetty i jej rówieśniczki – arystokratycznie urodzonej Sary. Losy obu kobiet są z sobą ściśle powiązane. Książkę podzielono tak, że raz poznajemy świat z punktu widzenia Szelmy (tak wszyscy mówią na Hetty), by za chwilę obserwować perspektywę Sary Grimké.

Poprzez tę historię przenosimy się do początków dziewiętnastego wieku, do Karoliny Południowej. Do świata, gdzie posiadanie niewolników było czymś naturalnym – oczywiście dla białych plantatorów. Nikomu nie przyszłoby do głowy, by to zmienić. Kiedy jedenastoletnia Sara otrzymuje w prezencie urodzinowym niewolnicę, jej losy z Szelmą na zawsze się połączą. Jednak córka sędziego Sądu Najwyższego nie zamierza się z tym godzić. Panna Grimké nie chce posiadać kogokolwiek na własność, dlatego postanawia uwolnić Hetty. Tyle, że jej zdania nikt nie bierze pod uwagę.

Właściwie obie są niewolnicami. Szelma traktowana jest jako istota gorszego gatunku. Posiada jednak poczucie wartości i godność, którą wielu próbuje złamać. Ważne dla niej jest to, by mieć wolny umysł. Z kolei Sara znajduje się w pułapce konwenansów i zasad. W jej świecie kobieta nie może robić tego, co podpowiada jej serce. Panna Grimké chciałaby zostać prawnikiem, ale oczywiście nikt na to by jej nie pozwolił. Sara niewiele ma do powiedzenia w swojej sprawie.

W książce ukazano ponad trzydziestoletnią część życia obu bohaterek. Opowieść choć fikcyjna, została oparta na pewnych prawdziwych wydarzeniach, ponieważ Sarah Grimké istniała naprawdę. Jej historia niemal uległa zapomnieniu, a to właśnie ona wraz z młodszą siostrą Angeliną jako jedne z pierwszych kobiet stały się działaczkami na rzecz abolicji. To jednak nie wszystko. Sara zauważyła, że prawo do wolności – tak ważne w Stanach Zjednoczonych – nie jest dane kobietom. Dlatego napisała pierwszy manifest feministyczny w historii swego kraju.

Tak kontrowersyjne poglądy obu sióstr przyniosły im niesławę. Jako, że pochodziły z bogatej  ziemiańskiej rodziny, ich bunt był czymś niezwykle szokującym. Musiały porzucić rodzinę, religię, tradycję oraz miejsce, w którym się urodziły, by móc być sobą. Spotkał je całkowity ostracyzm. Zresztą nawet wśród abolicjonistów poglądy tych kobiet były postrzegane jako radykalne.

„Czarne skrzydła” nie są zbeletryzowaną biografią. To raczej wizja pisarki inspirowana prawdziwym życiem Sary Grimké. Również Hetty istniała naprawdę, jednak opowieść z jej perspektywy jest całkowicie fikcyjna. Wiadomo o niej tylko tyle, że była niewolnicą, którą sprezentowano Sarze, a ta nauczyła ją czytać (co oczywiście było zakazane).

Sue Monk Kidd napisała opowieść, zupełnie inną niż ta, którą znamy z „Przeminęło z wiatrem”. Autorce udało się jednak nie upraszczać relacji, która nawiązała się między dwiema głównymi bohaterkami. Choć obie się zaprzyjaźniają, ich znajomość jest trudna, ze względu na uczucia, które im towarzyszą. Sara darzy miłością Szelmę, ale czuje również poczucie winy. Łączy je przede wszystkim pragnienie wolności – tylko trochę inaczej rozumianej przez każdą z nich.

W „Czarnych skrzydłach” nie ma prostych relacji międzyludzkich. Pisarka jednak świetnie sobie poradziła z tą skomplikowaną sytuacją oddając głos Szelmie i Sarze. Dzięki temu poznajemy dwa punkty widzenia i dwie perspektywy. Widzimy jak trudno być wolnym i jak wiele trzeba poświęcić, kiedy się o nią walczy. W książce nie zabraknie również emocji, oprócz tego mamy do czynienia ze świetną narracją. „Czarne skrzydła” zostały osadzone w czasach historycznych z niezwykłą starannością, a my czytając książkę odbywamy podróż w czasie, choć opowieść o przyjaźni i wolności jest przecież uniwersalna.

 Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za egzemplarz recenzyjny.

„Odcienie miłości” – Alice Munro

Odcienie miłościZbiór jedenastu opowiadań pt. „Odcienie miłości” Alice Munro, który miały premierę 11 września, należy do tego rodzaju prozy, na wydanie których czeka się z niecierpliwością. Ubiegłoroczna laureatka Literackiej Nagrody Nobla napisała te teksty w 1985 i 1986 roku, ale polscy czytelnicy musieli długo na nie czekać. Wszystko przez to, że dopiero od niedawna twórczość pisarki stała się znana i lubiana w tej części świata.

Tematem opowiadań jest miłość, ale można przecież powiedzieć, że motywem przewodnim w twórczości noblistki są uczucia. Jak różne mogą być odcienie miłości i relacje międzyludzkie, zobaczymy właśnie w ostatnio wydanym zbiorze.

Alice Munro posiada niezwykły dar oddawania na papier obserwacji zwykłego, małomiasteczkowego życia. Wydaje się, że przeciętni bohaterowie powinni być nudni i przewidywalni. Takie odnosimy wrażenie patrząc na człowieka z daleka, nieuważnie. Jednak pisarka potrafi dokonać niemożliwego. W tych pozornie szarych postaciach odnajduje niezwykle barwne życie emocjonalne. Głównymi bohaterkami opowiadań są kobiety. One przeżywają miłość na wiele różnych sposobów. Pojawiają się też mężczyźni, niekoniecznie pozytywni – jak choćby kobieciarz z opowiadania „Porost”, który nie waha się przed zdradą.

Dlaczego dokonujemy takich, a nie innych wyborów? Alice Munro nie odpowie nam na to pytanie, ale pokaże, do czego jesteśmy zdolni. W opowiadaniu „Biała Hałda” Isabel żyje w udanym związku z Laurencem, a mimo to zakochuje się w pilocie. Wie, że jej wybór musi zakończyć się źle, a jednak nie potrafi się zatrzymać. W twórczości noblistki widoczne jest, że bohaterowie nie do końca wierzą w to, iż decydują o swoim losie. Niekiedy poddają się temu, co on przynosi, bez walki. A wtedy pozornie błaha decyzja, czy przypadek potrafi całkowicie odmienić ich życie.

Relacje jakie nawiązujemy w ciągu całego życia w jakiś sposób mówią o tym, kim jesteśmy. Alice Munro opisuje w swych opowiadaniach przeróżne typy uczuć, by pokazać jakimi ludźmi są jej bohaterowie. Mamy do czynienia z miłością do rodzeństwa, do dzieci, między przyjaciółmi. Codzienność nie zawsze pozwala je doceniać, czy nawet zauważać. My natomiast otrzymujemy obrazy, w których ukazane zostało całe życie bohaterów, najczęściej z pewnego dystansu czasowego i w sposób fragmentaryczny, poszarpany – musimy sobie je poskładać w pewną całość.

Narracja opowiadań wydaje się być leniwa, jak niedzielne popołudnia. Jednak to tylko pozory. Często w tekstach aż kipi od emocji, ale ukazane one są one z chirurgiczną precyzją, bez zbędnych ozdobników (choć pisarka nie unika ciekawych porównań). Noblistka nie ocenia swych bohaterów, pozostawia to odbiorcom. Podobnie się dzieje z interpretacją kolejnych opowiadań. Są one zbudowane w sposób zmuszający do zastanowienia się nad przedstawionymi sytuacjami. Czujemy się tak, jakby bliska przyjaciółka opowiadała nam całe swoje życie. A my w zadumie pochylamy się nad każdym jej zdaniem. Dlatego właśnie proza Munro wymaga wielkiej uwagi, ponieważ zmusza nas do analizowania emocji bohaterów, a także do tego by się zastanowić, co się właściwie wydarzyło w ich życiu.

Noblistka tak pisze opowiadania, że od pierwszego zdania trudno się od nich oderwać. I choć historie snuje pozornie niespiesznie, cały czas istnieje w nich napięcie, ponieważ oglądamy momenty zwrotne w życiu bohaterów. Te ważne chwile mogą dotyczyć tylko uczuć bohaterów, ale samo oddanie świata wewnętrznych emocji postaci jest na mistrzowskim poziomie. Postacie stają się nam bliskie, a w niektórych z nich możemy  odnaleźć samych siebie. Na tym właśnie polega siła opowiadań Alice Munro.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.

„Moja walka. Księga pierwsza” – Karl Ove Knausgård

Moja walkaPopularny autor ze Skandynawii wcale nie musi być twórcą kryminałów. Doskonałym przykładem może być Karl Ove Knausgård i jego głośna już książka „Moja walka”. W podtytule otrzymujemy podpowiedź, że mamy do czynienia  z powieścią. Oczywiście dla precyzji należy dodać, że jest to powieść o charakterze autobiograficznym.

Karl Ove Knausgård najpierw nas zwodzi. Daje nam magdalenkę na wzór „Straconego czasu” Marcela Prousta, by zwrócić na siebie uwagę. Jest jak wędkarz, a nawiązania do autora „W stronę Swanna” są niewątpliwie przynętą dla miłośników książek na najwyższym poziomie. Dla równowagi otrzymujemy skojarzenie z Adolfem Hitlerem i jego „Mein Kampf”. Na szczęście bohaterowi opowieści  Knausgårda chodzi nie o ideologie, a o życie.

Pisarz w „Mojej walce” opowiada o sobie. Jest tak szczery, że rodzina wytoczyła mu proces. Książka na szczęście pojawiła się w druku, niektórym bohaterom jedynie zmieniono imiona (ale nie nazwiska). A Karl Ove niczego nie zamiata pod dywan, wręcz odwrotnie: na światło dzienne wypływają takie fakty, które każda rodzina wolałaby pomijać, np.  alkoholizm ojca autora, czy zamiłowanie do trunków babci.

Często się zdarza, że sięgając po jakąś powieść, zastanawiamy się ile w niej pojawia się elementów autobiograficznych. Tutaj nie musimy się niczego doszukiwać. Knausgård opisuje swoje życie, na dodatek w w skali makro. Drobiazgowo rekonstruuje swoje wspomnienia. Poznajemy na razie mały wycinek, bo otrzymujemy na razie pierwszą z sześciu części owej walki.

Na czym polega niezwykłość tej książki? Przede wszystkim zaskakuje, że choć nie ma w „Mojej walce” jakiejś wciągającej akcji, to czyta się ją rewelacyjnie. Z zapartym tchem śledzimy zmagania bohatera z jego egzystencją. Nawet jeśli nic się nie dzieje, Karl Ove potrafi tak obudować w słowa uczucia czy opisy, że chcemy poznawać tę prozę. A styl Knausg?rda mocno różni się od tego, który znamy z naszego podwórka. W „Mojej walce” brakuje ozdobników, dostajemy tylko esencję. Aż trudno uwierzyć, że opowieść będzie liczyła ponad 3500 stron.

Autor książki pisze dwutorowo. Pierwsza część książki dotyczy dzieciństwa Karla Knausgårda. Brak zrozumienia ze strony strony ojca, pierwsze miłości i imprezy. Najważniejszą postacią jest ojciec. Karl Ove pragnie jego akceptacji, ale jej nie uzyskuje. Mógłby porozmawiać z matką, ale ta wciąż jest nieobecna. Ot, banalna historia chciałoby się powiedzieć, ale wnikliwe analizy i obserwacje autora sprawiają, że powstaje coś odkrywczego.

Z kolei na drugim torze mamy do czynienia z dojrzałym bohaterem, który na wieść o śmierci ojca, przybywa z bratem do domu babki, by zorganizować pogrzeb. Willa dziadków nie jest już taka, jak Karl Ove zapamiętał ją z dzieciństwa. Teraz za sprawą alkoholizmu ojca, niedołężności babki, popadła w ruinę. Jednak przed pogrzebem bracia pragną doprowadzić ją do stanu sprzed lat. Ta część choć dotyczy rzeczy pozornie zwyczajnej, czyli przygotowań do pogrzebu, pozwala narratorowi nie tylko uporządkować własne mieszkanie, ale też uczucia: wobec ojca, brata. Pozwala też przemyśleć swój stosunek do życia i śmierci.

Dla Karla Ove Knausgårda ciało ojca po śmierci stopniowo ulega uprzedmiotowieniu. Już nie jest kimś, kto przez całe życie był apodyktyczny i niedostępny, tylko czymś. Pisze: „Teraz widziałem to, co pozbawione życia. Widziałem, że nie ma różnicy między tym, co kiedyś było moim ojcem, a ojcem, a stołem, na którym leżał, podłogą na której stał stół, gniazdkiem w ścianie pod oknem czy kablem biegnącym do kinkietu. Bo człowiek jest jedynie formą wśród innych form, w których nieustannie wyraża się świat, nie tylko żywych, lecz również martwych, zapisanych na piasku, kamieniu, wodzie” (s. 547). Śmierć staje się czymś zwyczajnym.

Autor książki posiada dar opowiadania o sprawach zwyczajnych, a nawet banalnych. Bo przecież takich historii można przytaczać wiele. Jednak nikt nie potrafi o nich pisać tak jak Karl Ove Knausgård. Nie trzeba się tu dopatrywać sensacji, porównań do Prousta. Wystarczy dać się wciągnąć w ten świat rzeczy i uczuć. Okaże się, że zapomnimy o autobiografizmie, nie będziemy się doszukiwali ekshibicjonizmu u pisarza, a to co tak normalne, czyli życie, wciągnie nas bardziej niż jakakolwiek sensacja czy kryminał.

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.

„Przygody Baltazara Gąbki. Trylogia” – Stanisław Pagaczewski

Przygody Baltazara GąbkiJako dziecko z epoki PRL-u, miałam do czynienia z książkami, które dziś albo należą do klasyki, albo uważane są za mało wartościowe. Na szczęście 25 lat wolności sprawiło, że trochę już się nacieszyliśmy disneyowską, arcykolorową stylistyką i niektóre tytuły sprzed lat wracają do łask. Oczywiście w nowym, atrakcyjnym opakowaniu, jednak z tą samą treścią, co kiedyś.

„Przygody Baltazara Gąbki” Stanisława Pagaczewskiego darzę olbrzymim sentymentem. Pierwszy tom: „Porwanie Baltazara Gąbki” dostałam w nagrodę za wyniki w nauce. Był rok 1989 – bardzo ważna data w historii Polski, choć wtedy oczywiście nie miałam jeszcze pojęcia, co się właśnie zmienia w naszym kraju. Wszyscy z mojego pokolenia mieli do czynienia z przygodami profesora i Smoka Wawelskiego za sprawą serialu animowanego. Po przeczytaniu książki znajdziemy jednak kilka istotnych różnic – choćby słynne zawołanie kucharza Bartoliniego.Porwanie Baltazara

Kiedy zatem trafiło w nasze ręce piękne wydanie trylogii autorstwa Stanisława Pagaczewskiego pt. „Przygody Baltazara Gąbki” bardzo się ucieszyłam. Ciekawa byłam jednak, czy „Porwanie Baltazara Gąbki”, „Misja profesora Gąbki, „Gąbka i latające talerze” przejdą próbę czasu i spodobają się moim pociechom?

Wydawnictwo Literackie postanowiło przybliżyć dzieciom przygody Smoka Wawelskiego, kucharza Bartoliniego, profesora Gąbki w jednej książce, która liczy sobie ponad 700 stron. Wszystko zaczęło się w 1965 roku, kiedy po raz pierwszy młodzi odbiorcy otrzymali opowieść o misji sympatycznego smoka do Krainy Deszczowców. Król Krak zleca swojemu najbliższemu przyjacielowi trudne zadanie. Chce, by Smok odszukał i przywiózł do Krakowa Baltazara Gąbkę. Ekspedycję pragnie zatrzymać szpieg, tajemniczy Don Pedro – jednak tak jak w każdej baśni, wszystko kończy się dobrze.Porwanie Baltazara Gąbki 3

„Misja profesora Gąbki” polega na poznaniu tajemniczych zwyczajów mypingów. One sieją zniszczenie w Księstwie Kraka. Na dodatek z więzienia uciekają Największy Deszczowiec i pan Mżawka. Natomiast trzecia część: „Gąbka i latające talerze” rozgrywa się w… przyszłości (czyli współczesności). Wszystko przez kosmitów. Czy bohaterom spodoba się to, co spotkają w nowym świecie i uda im się wrócić do grodu Kraka?

Dzieciom może spodobać się dosyć szybka akcja trylogii. Mamy do czynienia z powieścią przygodową, szpiegowską, a nawet elementami science-fiction. Pagaczewski w oryginalny sposób połączył elementy baśniowe, z realistycznymi. Choć akcja powieści dzieje się w czasach prehistorycznych, bohaterowie jeżdżą samochodem, używają krótkofalówek, czy słuchają radia. Postacie w zasadzie żyją gdzieś poza czasem i epoką, ale opowieść jest podana w taki sposób, by była zrozumiała dla młodych odbiorców.Porwanie Baltazara Gąbki 2

Stanisław Pagaczewski traktował czytelników jak partnerów, nie infantylizował powieści. Humor słowny, który zastosował, jest wciąż na niezwykle wysokim poziomie – i mimo upływu lat – nadal bawi. Autor tworzył ciekawe neologizmy: jakie zwierzęta przychodzą nam na myśl, gdy po raz pierwszy usłyszymy o mypingach? Potem żarty stają się coraz odważniejsze i zahaczają nieco o absurd. Całość jednak jest niezwykle wyszukana, mamy do czynienia z dowcipem w dobrym angielskim stylu.

Ciekawe jest to, że jako dorosła czytelniczka zauważyłam w tych książkach coś w rodzaju satyry politycznej. Biorąc pod uwagę, że historie powstawały w czasach PRL-u, było to śmiałe posunięcie. Bajkowość tej opowieści, to tylko kamuflaż. A im bardziej zagłębiałam się w tę trylogię, tym więcej odnajdywałam aluzji do rzeczywistości PRL-owskiej i jej krytyki. Aż nie chce się wierzyć, że cenzura dopuściła książkę do druku.Porwanie Baltazara Gąbki 4

Moim dzieciom trylogia bardzo się spodobała. Zaprzyjaźniły się za Smokiem Wawelskim, profesorem, królem Krakiem, Bartolinim. „Przygody Baltazara Gąbki” wciąż bawią młodych odbiorców. Zarówno sześciolatek, jak i dziewięciolatka słuchały tej historii z dużym zainteresowaniem. Odpowiadał im humor słowny, co chwilę też zerkały na słynne ilustracje Alfreda Ledwiga, które w tym wydaniu zostały pokolorowane (różnice w wydaniu współczesnym i z 1989 widoczne są na zdjęciach). Książka cieszy oko, ba można nazwać ją kolekcjonerską. Może być świetnym prezentem już dla sześciolatka, który chciałby przeżyć podróżniczą, czy szpiegowską przygodę. Warto pokazać dzieciakom alternatywę wobec tego co obecnie modne, gdyż opowieść o Smoku Wawelskim należy do klasyki i jest ponadczasowa. A podczas czytania na głos dorosły również będzie się świetnie bawił…

Książkę przeczytaliśmy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego