Obecnie, po ponad trzydziestu latach od śmierci Grzegorza Przemyka, możemy poznać szczegóły jednej z najgłośniejszych zbrodni lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Autor reportażu, Cezary Łazarewicz, dokładnie rekonstruuje przebieg wydarzeń, a oprócz tego pokazuje jakimi metodami posłużyła się władza w PRL-u, by zatuszować sprawę, aby winni nigdy nie zostali za nią ukarani. Dziennikarz planując napisanie artykułu w trzydziestą rocznicę śmierci Grzegorza Przemyka, napotkał w aktach sprawy na słowa nakreślone przez matkę ofiary – Barbarę Sadowską. Właśnie one przyczyniły się do powstania tej książki. Czytaj dalej
Archiwa tagu: PRL
„On” – Zośka Papużanka
Debiutancka „Szopka” Zośki Papużanki okazała się książką, która została bardzo dobrze przyjęta. Nominowano ją do Nagrody Nike i Paszportów Polityki. Napisać drugą, równie dobrą powieść, nie jest łatwo. Ale wreszcie się doczekałam. Po niemal czterech latach otrzymujemy książkę tej autorki pt. „On”. Tytuł niepozorny, choć intrygujący. Tym razem poznajemy historię bohatera, należącego do pokolenia, do którego sama się zaliczam. Opowieść zaczyna się w czasach PRL-u… Czytaj dalej
„Jolanta” – Sylwia Chutnik
Bohaterami książek Sylwii Chutnik najczęściej są kobiety. Ale nie tylko. Jeszcze częściej mowa w nich o ludziach wyobcowanych. Żyjących w wielkim mieście, ale w tej gorszej jego części. Szare blokowiska nie kojarzą się nam z wielkim osiągnięciem. Bohaterowie książek pisarki nie odnoszą sukcesów. Próbują przeżyć, a nawet zwykła egzystencja jest dla nich walką. Podejmowanie tematyki, w której na pierwszym planie pojawiają się problemy społeczne nie jest niczym nowym u Sylwii Chutnik. Widoczne to było w „Cwaniarach”, czy „W krainie czarów”. Powieść „Jolanta” spełnia podobne zadania: porusza i pokazuje świat ludzi wykluczonych. Czytaj dalej
„Maluch. Biografia” – Przemysław Semczuk
Kto jeszcze trochę pamięta czasy PRL-u, wie, że maluch był przedmiotem pożądania. Czymś, na co nie każdy Kowalski mógł sobie pozwolić. A nawet jeśli go było na niego stać, trudno go było dostać. Przemysław Semczuk w książce pt. „Maluch. Biografia” snuje przed czytelnikiem opowieść o małym autku, a jednocześnie zabiera nas w podróż po komunistycznej Polsce.
Jak to się stało, że polskie władze podpisały z Fiatem umowę, dzięki której można było produkować fiata 126p? Historia zaczyna się w 1968 roku, kiedy wreszcie wydaje się, że nastanie możliwość produkcji samochodu dla przeciętnego Kowalskiego. Choć można było kupić syrenę, nie spełniała ona oczekiwań. Wybór padł na fiata 126, auto najtańsze w swojej klasie, a jednocześnie ekonomiczne w eksploatacji i spełniające wymagania (przynajmniej podstawowe) nie tylko zwykłego obywatela, ale również władz. Czytaj dalej
Paulina Wilk o dzieciach transformacji w książce „Znaki szczególne”
Zacznę od tego, że należę do tego samego pokolenia, co Paulina Wilk. Jest to istotne, gdyż każdy trzydziestoparolatek będzie podchodził do „Znaków szczególnych” z pewnym sentymentem. Książka została napisana o nas – całym pokoleniu, które urodzone między 1975 a 1985 rokiem, wkraczało w okres transformacji jeszcze jako osoby nieświadome, by dorastać już w wolnej Polsce.
Paulina Wilk w „Znakach szczególnych” przygląda się swojemu dzieciństwu oraz dojrzewaniu Jednak nie jest skupiona tylko na sobie. Stara się spojrzeć na ten okres z szerszej perspektywy, właśnie dlatego posługuje się cały czas zaimkiem „my”. Bohaterem staje się zatem cała generacja. Ma to pewne minusy, bo łatwo popaść w stereotypy, czy posługiwać utartymi kliszami. Moim jednak zdaniem autorka się obroniła.
Opisując rzeczy, które zapamiętała z czasów PRL-u, pokazała, jak bardzo różnił się tamten świat od tego, który mamy obecnie. Aby jednak określić naszą tożsamość, trzeba sięgnąć do tego, co nas ukształtowało. Paulina Wilk przytacza historie, które według niej były najbardziej typowe dla czasów przed 1989 rokiem. Łączyło nas wiele, choćby ciągłe poczucie braku i niedoboru. Dzięki temu, że niewiele można było mieć, byliśmy tacy sami. Niewidoczne były różnice majątkowe, bo i tak wszyscy ubierali się tak samo, bawili się w tych samych piaskownicach. Do zabawy wystarczyły kapsle, rowery po starszym rodzeństwie, a zimą sanki z metalowymi płozami. Marzenia również były podobne, choćby takie, by mieć magiczny ołówek z dobranocki „Zaczarowany ołówek”, a wtedy nasze kłopoty zostałyby natychmiast rozwiązane. Świat był prosty i przewidywalny.
Kiedy jednak nastał rok 1989, nagle coś zaczęło się zmieniać. Pojawiać zaczęły się przedmioty, które niesamowicie podziałały na wyobraźnię dziecięcą. Najpierw jednak główna bohaterka wraz ze swoim rocznikiem mogła przystąpić do Pierwszej Komunii. Wcześniej kościół był jednym z wielu budynków, którego wnętrza dzieci nawet nie znały – nie mogły jawnie uczestniczyć w mszach, jako latorośle wojskowych. A tu nagle komunia z całą tą uroczystą otoczką, podczas której pojawiać zaczęły się prezenty, których nawet najśmielsza wyobraźnia nie potrafiłaby wymyślić: BMX-y, zegarki elektroniczne, kalkulatory na baterie słoneczne. Prezenty zaczynały pokazywać już pewne różnice występujące między dziewięciolatkami, czy raczej ich rodzicami.
W „Znakach szczególnych” Paulina Wilk ze szczególnym sentymentem opisuje czasy swego dzieciństwa. Nie ma zamiaru jednak nostalgią darzyć PRL-u, a pewne pozytywne rzeczy, które utraciliśmy po odzyskaniu wolności. Nagle owo „my” zaczęło się rozpadać na poszczególne „ja”. Polacy postanowili nadrobić stracony czas, a ich głównym pragnieniem stało się dogonienie Zachodu. Autorka nie krytykuje przemian i demokracji, skupia się bardziej na krytyce wyścigu szczurów, którego stała się świadkiem i mimowolną uczestniczką. Najbardziej przerażające okazało się tempo, w którym następowała transformacja. Kolejne ideały stopniowo zaczęły sięgać bruku.
Pokolenie trzydziestolatków w pewnym momencie zaczęło zauważać, że podczas tej pogoni za Zachodem, sporo też straciliśmy. Oglądaliśmy się na wielki świat, nie widząc jak tracimy poczucie wspólnoty. Nikt już nie wpada spontanicznie do sąsiada po szklankę cukru, czy nie chodzi na niezapowiedziane wizyty do koleżanki. Dzieci również nie mają możliwości, by się nudzić, czy ganiać po podwórku. Wpadliśmy w pułapkę kolejnego systemu, bo patrzyliśmy na niego bezkrytycznie. Teraz 25 lat po przemianie, zaczynamy otwierać oczy i zauważać, że nie wszystko jest tak doskonałe, jak sobie to zaplanowaliśmy, czy jak nas zaprogramowano.
Czytając książkę Pauliny Wilk miałam problem, by czytać ją inaczej niż z perspektywy „my”. Jako, że należę do tego pokolenia, czułam, że „Znaki szczególne” są dla mnie i o mnie. Myślę jednak, że książka trafić powinna i do starszego, i młodszego pokolenia. Ci ostatni nie potrafią sobie wyobrazić PRL-u, a niekiedy ten czas jest dla nich absurdalnym obrazem z filmów Barei – groteską, która nie mogła wydarzyć się naprawdę. Warto posłuchać głosu Pauliny Wilk o tym, jak rozpadło się nasze pokolenie, by nabrać dystansu do wielu spraw. Autorka daje nam wyraźny sygnał, że warto zahamować i spokojnie spojrzeć wstecz teraz, a nie za dwadzieścia lat, kiedy będzie już za późno na zmiany.
Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za książkę.
„Przyszłem. Czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy” – Janusz Głowacki
Rozminęłam się w kinie z filmem Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Kiedy byłam w mieście, akurat go nie wyświetlano. Był weekend, miałam dwa wolne wieczory… Widać film był przeznaczony dla uczniów liceum, którzy pewnie cieszyli się z każdej wolnej od lekcji godziny. Oczywiście od poniedziałku do piątku. Za to w sobotę nie daliby się zaciągnąć na ten tytuł za żadne skarby. Gdyby nie książka Janusza Głowackiego pt. „Przyszłem” pewnie tak bardzo nie zaprzątałabym sobie głowy filmem Wajdy. Cóż, nic straconego: prędzej czy później film pojawi się w wersji na DVD. Wtedy porównam książkę z filmem.
Cenię sobie twórczość Głowackiego. Głównie za dramat pt. „Antygona w Nowym Jorku”. Warto też zauważyć, że Głowacki napisał scenariusz do filmu „Rejs” – tak kultowego i cenionego dzisiaj. Dlatego nie mogłam przejść obojętnie obok najnowszej książki tego twórcy. Autor tłumaczy we wstępie, że napisał „Przyszłem” ze skąpstwa. Wiele scen i pomysłów nie weszło do filmu. Za to zostały zapisane przez Głowackiego i bardzo dobrze się stało, ponieważ Wajda zrobił film po swojemu. Postawił na funkcje oświatowe kina, a z tym Głowacki nie chciał się zgodzić. Nie planował wychowywać, a skupić się na głównym bohaterze, który ma w sobie coś z szekspirowskich postaci oraz postawić na walory artystyczne obrazu. Na próżno.
Już na samym początku pada pytanie – Bolek, czy nie? Głowacki stwierdza, że nie jest moralistą i nie ma zamiaru oceniać. Tworzy sceny, które mogą przybliżyć czytelnikowi Wałęsę, nawet dokonuje jego charakterystyki, ale posługując się cytatem z Montaigne’a. Obrazów, które tworzy Głowacki do danej sceny z filmu, może być kilka wersji. Do najbardziej tajemniczych należy ta, w której próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie – dlaczego Lech Wałęsa spóźnił się na najsłynniejszy strajk w Stoczni Gdańskiej.
Dla mnie najistotniejsze w tej książce były obrazy, które osadzały głównego bohatera w pewnej historycznej rzeczywistości. Nie uda się przecież od tego uciec. Rewelacyjne są obrazy z PRL-owskiej rzeczywistości. Opowieści o tym, jak żyło się w czasach komunizmu. Głowacki nie gloryfikuje tamtych czasów. Jeśli pisze o pijaństwie przed 1989 rokiem, to bez skrupułów i zbędnych ozdób. Z typową dla siebie ironią
W książce „Przyszłem” Głowacki kreśli nie tylko historię Wałęsy. Z licznych dygresji i zabawnych anegdot wyłania się obraz Polski i Polaków. Podsumować może to cytat ze scenariusza, który miał paść w filmie z ust Wałęsy: „Jak żeśmy wygrali powiedziałem od razu <<Dziś nosicie mnie na rękach, ale to dopiero początek trudnych czasów. Jutro będziecie we mnie rzucać kamieniami>>”.
Choć książka składa się z luźno powiązanych obrazów, przemyśleń autora, układa się w spójną całość. Głowacki świetnie ukazał w książce człowieka, o którym powstał film. Nie tłumaczy go, nie idealizuje, ale też nie wywyższa siebie. Stąd też tytuł książki: „Lech Wałęsa powiedział kiedyś <<przyszłem>> – i ktoś go poprawił, że nie mówi się <<przyszłem>>, tylko <<przyszedłem>>, a on odpowiedział podobno na to: <<Nieważne przyszłem, czy przyszedłem, ważne że doszłem… albo doszedłem>>”.
Warto poznać ten słodko-gorzki obraz stworzony przez Głowackiego. Czasami autor pisze o teraźniejszości, czy historii żartobliwie, by za chwilę dociąć i skrytykować polską rzeczywistość i mentalność. Celne spostrzeżenia, trudne tematy – pisarz nie boi się mówić wprost o naszych wadach. Na szczęście Głowacki nie skupił się tylko na scenariuszu do filmu. Wykazał się niezwykłą umiejętnością dostrzegania tego, jacy jesteśmy. Obrywamy, ale słusznie…
Dziękuję Wydawnictwu Świat Książki za egzemplarz do recenzji.