Recenzja książki „Dom” Toni Morrison

DomKsiążka pt. „Dom” laureatki Nagrody Nobla Toni Morrison, choć niewielkiej objętości porusza czytelnika. Taki niby zwyczajny temat, bo o przecież czymże może nas zaskoczyć opowieść o domu? A jednak…

W 1993 roku pisarka wyróżniona została literacką Nagrodą Nobla za to, że „w powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej oraz wartościami poetyckimi, przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości”. Dodać jednak należy, że Toni Morrison jest Afroamerykanką. Chciałabym w tej recenzji zwrócić również uwagę na problem rasizmu.

Wspominam o kolorze skóry autorki właśnie z tego powodu. Bohaterowie książki „Dom” w dzieciństwie obserwują, jak biali mordują tylko za kolor skóry. Wydaje się to nam trudne do wyobrażenia, choćby dlatego że nie mieszkamy w Teksasie. Trzeba sobie przypomnieć jak wyglądała sytuacja czarnoskórych Amerykanów w historii USA – zresztą wcale nie tak dalekiej. Wystarczy obejrzeć film „Kamerdyner”, by przybliżyć sobie ten problem.

Główny bohater książki „Dom”, we wczesnym dzieciństwie, podczas sielankowej zabawy, obserwuje scenę morderstwa. Od tego momentu kończy się czas beztroski. Jego rodzina musi się przenosić z miejsca na miejsce, aż wreszcie wylądują w małym miasteczku Lotus w stanie Georgia. Frank i Cee Money szybko tracą rodziców. Są wychowywani przez żonę dziadka, która szczególnie źle traktuje małą Ycidrę, zdrobniale nazywaną Cee. Już czteroletni Frank staje w obronie malutkiej dziewczynki i nigdy nie pozwala jej skrzywdzić.

Kiedy rodzeństwo dorośnie, również nie będzie bezpieczne. Mężczyzna po wojnie w Korei, wraca do kraju jako weteran. Musi się zmierzyć, z tym co tam zobaczył. Dopada go stres pourazowy. Ataki paniki, alkohol, halucynacje nie pomagają mu w życiu. Trudno mu też stworzyć jakąś relację z kobietą. Podczas wojny zło było wszędzie, ale czy i Frank jest bez winy? Czy i on ma coś wspólnego z krzywdzeniem innych?

W pewnym momencie główny bohater musi podjąć decyzję. Otrzymuje list, w którym dowiaduje się, że jego siostra Cee jest w niebezpieczeństwie i grozi jej śmierć. Młoda dziewczyna nie mogąc nigdzie znaleźć sensownej pracy, otrzymała zatrudnienie u doktora, który dokonywał na dziewczynie eksperymentów medycznych. Frank Money rusza na ratunek. Mimo wielu przeciwności losu, udaje mu się odzyskać siostrę i bohaterowie udają się do rodzinnego domu w Lotus.

Książka „Dom” napisana została w nieco nostalgicznym stylu. Nie poznajemy losów bohaterów w porządku chronologicznym. Musimy sobie sami złożyć kompozycję w całość. Obrazy, które otrzymujemy, często przerażają. Trudno sobie wyobrazić, jakie zło tkwi w człowieku. Widzimy ludzi w białych kapturach mordujących Afroamerykanów, sceny walk ludzi na śmierć i życie a obok tego próba ułożenia sobie egzystencji w niekoniecznie całkiem bezpiecznym miejscu. Główny bohater wraca na prowincję. Ale i on musi się zmierzyć ze swoim poczuciem winy. Wie, że nigdy nie zostanie ona odkupiona, jednak stanowi punkt wyjścia. Zamieszkanie z siostrą może pomóc, w tym by stworzyć coś o czym oboje od zawsze marzyli – wspólny dom.

Tonni Morisson nigdy nie wspomina, że mamy do czynienia z czarnoskórymi bohaterami. Poprzez sceny z ludźmi z białymi kapturami, wrzucaniem innych z mieszkań, staje się to oczywiste dla czytelnika. Również problemy bohaterki ze znalezieniem pracy, związane są z jej kolorem skóry. Autorka jednak daje Frankowi i Cee nadzieję. Dzięki stworzeniu domu, życiu razem, mogą w Lotus zmierzyć się ze złem, które ich spotkało. Powieść zaczyna się i kończy sceną grzebania w ziemi ofiary linczu. Jest to dla mnie symboliczny obraz, który pokazuje, że również groby dają tym upokarzanym mieszkańcom Ameryki korzenie oraz możliwość budowania domu, nawet na gruzach.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Świat Książki.

Recenzja książki Zbigniewa Białasa – „Puder i pył”

Puder i pyłZbigniew Białas za „Korzeńca” otrzymał Śląski Wawrzyn Literacki. W związku z tym, że również mi ta książka się spodobała, postanowiłam przeczytać ciąg dalszy: „Puder i pył”. Pierwsza część zachwyciła mnie tym, jak świetnie została pokazana sytuacja Sosnowca w czasach na chwilę przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Miasto stało się głównym bohaterem powieści. Miałam również okazję spotkać Zbigniewa Białasa w katowickim Spodku w związku z wrześniowymi Targami Książki. Oczywiście, zdobyłam autograf (w obu książkach).

Akcja powieści „Puder i pył” rozgrywa się w okresie od 1 listopada 1918 r. do 7 listopada 1919 r. Nawiązuje do wydarzeń i bohaterów poznanych w „Korzeńcu”. I tu redaktor tygodnika „Iskry” ? Walerian Monsiorski kontynuuje śledztwo w sprawie zamordowania Alojzego Korzeńca. Jako, że wybuch pierwszej wojny światowej uniemożliwił badanie tej sprawy, teraz redaktor ma okazję ponownie się jej przyjrzeć. Tyle, że wątek kryminalny nadal nie jest tu najważniejszy. Książka bowiem opowiada o ludziach, których łączy Sosnowiec i czasy w których żyją.

Poznamy między innymi Apolonię Chałupiec. Niewiele nam to mówi oczywiście… Ale któż nie słyszał o słynnej Poli Negri? Z prawdziwym imieniem i nazwiskiem nie zrobiłaby pewnie kariery, za to autor przedstawia nam tę słynną aktorkę jako kobietę z krwi i kości, a nie słynną gwiazdę. Osobę, która znalazłszy się na dworcu w Sosnowcu poznaje komendanta policji, hrabiego Eugeniusza Dąbskiego. Wtedy między tą parą rodzi się uczucie. Dziś nikt by nie pomyślał o mezaliansie. Wtedy popełniał go hrabia. Choć ubogi jak mysz kościelna, nie wypadało, by wiązał się z aktorką.

„Puder i pył” jest również książką o tym, jak kształtowała się polskość na tych terenach. Bohaterowie są różnych narodowości i zastanawiają się, czy znajdą się pod panowaniem polskim, czy niemieckim. Na początku nic jeszcze nie jest pewne. Stajemy się obserwatorami dziejącej się historii. Jednak mamy z nią do czynienia z perspektywy Sosnowca i zwykłego bohatera.

Zbigniew Białas odtworzył i tym razem to, co odeszło już w niepamięć. Pokazał tygiel kultur i narodowości. Barwna plejada różnego rodzaju typów – od bolszewików, po zwolenników raczkującej psychoanalizy. Jednak nie zatrzymujemy się tylko w Sosnowcu. Wyruszymy w Alpy do sanatorium, będziemy również w Petersburgu.

„Puder i pył” moim zdaniem przewyższa „Korzeńca”. Uważam, że autor świetnie połączył wątki. Dodatkowo w ciekawy sposób odtworzył realia historyczne. Jestem w stanie uwierzyć we wszystko, ponieważ – choć nie byłam w Sosnowcu – autor starał się być obrazowy w opisach. Największą wartością w tej powieści jest wątek obyczajowo-historyczny. Zbigniew Białas pokazał jak kształtowały się narodziny polskości na granicy polsko-niemieckiej. Trudno sobie to wyobrazić ludziom mieszkającym w centrum kraju – w Sosnowcu trzeba było decydować, do jakiej narodowości się należy.

Dzięki Zbigniewowi Białasowi zobaczyłam, jak ludzie próbowali się odnaleźć w nowej dla nich rzeczywistości, która nastąpiła w listopadzie 1918 roku. Bo choć dla niektórych był to czas radości, rodziły się również pytania: co dalej? Autor świetnie oddał nastroje społeczne. Teraz niecierpliwie czekam na trzeci tom. Skoro pierwsza część otrzymała tyle pozytywnych recenzji, druga jeszcze podniosła poprzeczkę, to w jakim kierunku pójdzie pisarz? Jeszcze zdradzę, że wreszcie dowiedziałam się, kto zabił Alojzego Korzeńca…

Dziękuję Wydawnictwu MG za książkę.

Powrót do źródeł. Recenzja książki Charlotte Brontë, „Jane Eyre. Autobiografia”

Jane Eyre. AutobiografiaMiłośnicy literatury romantycznej z pewnością zetknęli się wielokrotnie z Charlotte Brontë. Aż dziwne, że do dziś ta postać wywołuje tak wiele kontrowersji. Powodów jest kilka. Najważniejsza jednak jest dla mnie pewna tajemnica związana z siostrami Brontë. Naukowcy spierają się o to, kto jest rzeczywistym autorem powieści. I choć ilu badaczy, czy recenzentów tyle zdań, jednak niczego nie można do końca udowodnić.

Przyjmijmy jednak, że Charlotte Brontë napisała powieść – „Jane Eyre. Autobiografia”. Do tej pory funkcjonował w języku polskim inny tytuł: „Dziwne losy Jane Eyre”. A skąd te zmiany? Otóż wydawnictwo MG postanowiło powrócić do źródeł i dać czytelnikom tytuł w jak najwierniejszym tłumaczeniu.

Jako, że książka po raz pierwszy została wydana w Anglii w 1847 roku, trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z czasami wiktoriańskimi. Opowiedziano w niej historię dziewczyny, która straciła swoich rodziców i wychowywana była przez kilka lat przez wujenkę. Jane nie otrzymała od niej żadnych ciepłych uczuć. Kiedy dziewczynka wreszcie się buntuje z powodu nierównego traktowania, wkrótce zostaje przeniesiona do szkoły dla sierot. Tam również czeka ją trudne życie. Pastor kierujący tą placówką, nakazuje wychowywać panny bardzo surowo i skromnie. Efekt jest taki, że większa część dziewcząt umiera podczas epidemii tyfusu, ponieważ ich organizmy są zbyt słabe, by zwalczyć chorobę.

Jane Eyre jednak się udaje. Po epidemii życie w szkole staje się łatwiejsze. Dziewczynka kończy ją, a następnie sama zostaje w niej nauczycielką. Po jakimś czasie postanawia zmienić coś w swoim życiu. Znajduje posadę guwernantki w domu Edwarda Rochestera, który wychowuje przysposobioną córkę. Nie bardzo jednak przejmuje się losem Adelki. Dziewczynka przebywa w wielkim domu z boną, służbą i Jane jako nauczycielką. Pan Rochester co jakiś czas pojawia się w w Thornfield. Choć jest o dwadzieścia lat starszy od młodej i naiwnej – jak mogłoby się wydawać – Jane, szybko się w niej zakochuje. Z wzajemnością.

Przed tą parą pojawi się jednak sporo przeszkód. Nie chcę zdradzać jak kończy się ta historia, mimo że wielu osobom jest ona doskonale znana. Aż trudno uwierzyć, że w tak purytańskich czasach znalazła się pisarka, z ciekawymi pomysłami na fabułę dla powieści miłosnej. Muszę przyznać, że i ja poczułam się kilkakrotnie zaskoczona, ponieważ czytałam tę powieść wiele lat temu i nie wszystko pamiętałam. Z przyjemnością odświeżyłam sobie tę lekturę.

Książka Charlotte Brontë towarzyszyła wielu pokoleniom młodych kobiet. I tych rozważnych, i tych romantycznych… Mimo, że powstała jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku, ciągle zaskakuje swoją żywotnością. Świadczy o tym nie tylko fakt wznowienia tej powieści, ale też ekranizacja z 2011 roku. Widać miłość w klasycznej scenerii wciąż wzbudza emocje.

„Jane Eyre” czyta się z wypiekami na twarzy. Obserwujemy główną bohaterkę i odczuwamy razem z nią wszystkie namiętności. Choć wiele wydarzeń uznalibyśmy za mało wiarygodne, to nie przeszkadzają one w odbiorze lektury. Sama Jane Eyre posiada bardzo nowoczesne poglądy. Chce być niezależna, posiadać wykształcenie, by móc się utrzymać z pracy rąk własnych. Przyznać muszę, że zaimponowała mi ta dzielna młoda dama. Chciałabym, żeby i dziś dziewczęta miały równie zdecydowane poglądy. Bo w książce nie tylko chodzi o poszukiwanie prawdziwej i jedynej miłości, a drogi życiowej – właściwej, dobrej i zgodnej z uniwersalnymi wartościami.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG.

„Dwanaście słów” – recenzja książki Jana Jakuba Kolskiego

Dwanaście słówKiedy sięgnęłam po powieść „Egzamin z oddychania” zaskoczyło mnie bulwersowanie się tą książką opinii publicznej. Wiele osób szukało nawiązań do biografii autora. Natomiast recenzenci, którzy się skupili na fabule i języku, raczej wyrażali się o niej pozytywnie. Co zatem ma do powiedzenia Jan Jakub Kolski w „Dwunastu słowach”?

Aura skandalu przyczyniła się do sukcesu „Egzaminu z oddychania”. Wydawca twierdzi, że sprzedało się 20 tys. egzemplarzy tej książki. Według mnie, to rzeczywiście spory sukces. Chciałabym, żeby „Dwanaście słów” powtórzyło ów wynik, ponieważ i tu Jan Jakub Kolski udowodnił, że jest wszechstronnie uzdolniony – jako świetny reżyser, scenarzysta oraz co najbardziej dla mnie istotne – rewelacyjny pisarz.

Akcja powieści rozgrywa się w 1969 roku, jednak będziemy się cofali w przeszłość. Główna bohaterka – Marianna – ucieka z klasztoru, by skraść tożsamość kobiecie, którą się opiekowała aż do samej śmierci. Iście diabelski plan byłej zakonnicy – choć niemal do końca musimy odgadywać na czym polega – stopniowo ulega realizacji.

Marianna trafia do nauczyciela muzyki, gdzieś na prowincji. Tam można znaleźć  ludzi pokiereszowanych przez życie, zesłanych z lepszego świata. Fryderyk Greszel jest niespełnionym muzykiem, z nostalgią wspominającym dzieciństwo spędzone w Afryce. Samotnik, człowiek, któremu w życiu nic się nie udało, wymyśla zasadę dwunastu słów na dzień. Uznaje, że taki sposób komunikacji ze światem zewnętrznym wystarcza w zupełności. Szuka ciszy i spokoju. Jednak, czy uda mu się to osiągnąć?

Na prowincji losy głównych bohaterów połączone zostaną z innymi pokiereszowanymi przez życie osobami. Umierającym chłopcem, dla którego Fryderyk pisze utwór muzyczny, Ireną szukającą spełnienia cielesnego, czy zesłanym na prowincję sekretarzem partii – Stanisławem Rudzińskim. Świat opisywany przez Kolskiego nie będzie jednak czarno-biały. Święta staje się niemal prostytutką, a współczujemy również morderczyni. Bohaterów „Dwunastu słów” łączy miejsce, w którym się spotykają, ale również poczucie niespełnienia. Ich życie nie potoczyło się tak jak chcieli. A żądze doprowadziły do tragedii.

Ciekawym motywem w powieści jest obraz Afryki. Cofamy się do czasów kolonialnych. Miejsca, w którym wychowywał się Greszel. Fryderyk odczuwa nostalgię, ale tam też wydarzyło się wiele nieszczęść. Kolski odkrywa przed czytelnikiem ową dwoistość stopniowo. Całą prawdę o życiu Fryderyka, co go ukształtowało, poznamy na końcu książki. Równie ciekawą postacią jest Marianna. Była zakonnica do której Jezus mówi po ukraińsku. Jej historia również nie należy do najszczęśliwszych. Ale czy ucieczka w czyjąś tożsamość pozwoli jej być rzeczywiście kimś innym i uwolnić od demonów?

„Dwanaście słów” jest książką, która stopniowo odkrywa przed czytelnikiem kolejne wątki. Kiedy poznamy wszystko, możemy zastanowić się nad motywacją i wyborami bohaterów. I choć nie są oni czarni, albo biali, wzbudzają poczucie empatii. Nikogo nie można jednoznacznie ocenić. Nawet, kiedy wydaje się nam, że rozumiemy Mariannę, czy Fryderyka zaskakują nas czymś, czego się nie spodziewaliśmy. Kolski stara się pokazać, że wszystko co napotykamy na swej drodze na nas wpływa, choć najczęściej nie zdajemy sobie z tego sprawy. Uświadomienie pewnych motywacji może pomóc, ale czy bohaterowie potrafią zmienić kierunek, drogę, którą obrali?

Olbrzymim plusem powieści jest jej lakoniczność. Tak jak główny bohater, tak i autor unika przesytu. Stara się przedstawiać świat tak, by czytający odczuwał ten umiar. Nie ma ozdobników. A jednocześnie widzimy bohaterów, jak byśmy oglądali film. Jan Jakub Kolski przedstawia świat tak, że posługujemy się przede wszystkim zmysłem wzroku. Nie przenikamy bohaterów, zawsze znajdujemy się krok za nimi. Prawdy o człowieku musimy poszukać sami, najlepiej używając dwunastu słów. Wtedy pozostanie nam to, co w życiu najważniejsze.

Dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera za powieść.

„Cytrynowy stolik” – recenzja opowiadań Juliana Barnesa

Cytrynowy stolikZa sprawą książek Alice Munro przypomniałam sobie, że istnieją opowiadania. Do tej pory sięgałam po nie sporadycznie. Łatwiej mi zaprzyjaźnić się z bohaterami z powieści kilkusetstronicowej, niż żegnać z takimi, do których ledwo zdążyłam się przyzwyczaić.

Forma literacka, wybrana przez Juliana Barnesa, nie należy do najłatwiejszych. Przecież na kilkudziesięciu stronach należy tak naszkicować świat przedstawiony, by czytelnik uznał go za wiarygodny. A jeszcze chciałoby się, żeby był ciekawy… Zbiór „Cytrynowy stolik” niewątpliwie taki jest. Książka porusza ważne problemy, ale spodobać się może nie tylko recenzentom, czy krytykom literackim, ponieważ czyta się ją lekko.

Juliana Barnesa uznaje się za jednego z najlepszych brytyjskich pisarzy. Jego najnowsza powieść z 2011 roku – „Poczucie kresu” – zdobyła niezwykle prestiżową nagrodę „The Man Booker Prize”. Właśnie dlatego sięgnęłam po „Cytrynowy stolik”, by sprawdzić, czy rzeczywiście mam do czynienia z literaturą wysoką.

Jedenaście opowiadań zebranych w jednym zbiorze łączy jeden motyw. Jest nim przemijanie. Bohaterowie są zazwyczaj u kresu swego życia, przyglądają się mu i albo akceptują starość, albo stawiają jej opór. Koniec egzystencji niezbyt często staje się głównym tematem książek. Pisarz choćby w „Krótkiej historii fryzjerstwa” pokazuje jak główny bohater zmienia swoje myślenie o życiu z biegiem lat. Obserwujemy go jednak niezmiennie na fotelu u fryzjera.

Okazuje się, że w późnym wieku można doświadczać namiętności, dopuszczać się zdrad i zbrodni. Barnes zabrał mnie w podróż do dziewiętnastowiecznej Rosji i Szwecji, gdzie miłość i uczucie rozgrywa się głównie w umysłach bohaterów, w ich wnętrzu i nigdy nie zaznaje spełnienia. A jednak Barnes wystrzega się sentymentalizmu. Potrafi ironizować, czy pokazywać starość w nieco krzywym zwierciadle, wywołując uśmiech na ustach odbiorcy.

Autor „Cytrynowego stolika” za każdym razem w swoich opowiadaniach porusza ważne kwestie. Wraz z bohaterami zastanawiamy się nad sensem istnienia. Z nimi musimy pogodzić się z nieuchronnością przemijania. Jednak ani pytania, ani odpowiedzi nie są banalne, choć przecież w opowiadaniach nie ma zbyt wiele miejsca, by takie problemy rozwinąć. Jednak Barnesowi się udaje. Narracja zawsze jest na wysokim poziomie, mimo że bohaterowie w opowiadaniach są zupełnie różni. Chciałoby się powiedzieć za najlepszą polską poetką – „Jak dwie krople czystej wody”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Świat Książki.

Recenzja biografii: „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae” – Chris Salewicz

Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggaeNikomu nie trzeba przedstawiać Boba Marleya. Jest chyba najbardziej znanym na świecie muzykiem pochodzącym z Jamajki. Zresztą okrzyknięto go królem reggae. Autor biografii tego artysty, miał okazję go spotkać, a nawet spędził z nim kilka chwil. Książka  „Bob Marley. Nieopowiedziana historia króla reggae” Chrisa Salewicza pokazuje trudną drogę, którą przeszedł ten artysta, by wspiąć się na sam szczyt sławy.

Muzyk urodzony w 1945 roku w Jamajce jako Nesta Robert Marley miał niezwykle trudne dzieciństwo. Wychowywany przez samotną matkę, nie do końca wiedział kim jest. Jego ojciec był biały, więc źle traktowali go rówieśnicy z ciemną skórą. Ponad sześćdziesięcioletni kapitan Norval Marley związał się na krótko z siedemnastoletnią Cedellą. Owocem ich związku był właśnie Bob. Norval Marley jednak nie uczestniczył w życiu swojego syna, porzucił swoją młodą żonę zaraz po ślubie.

Chłopiec najpierw mieszkał na wsi, ale potem jego matka przeniosła się do Kingston – stolicy Jamajki. Dorastał w Trench Town, miejscu zamieszkiwanym przez najbiedniejszych i rastafarian. Nesta Marley nie zdobył wykształcenia, aby w tym brutalnym i szorstkim miejscu jakoś sobie poradzić, postanowił zarabiać śpiewaniem.

Już w 1961 powstał zespół „The Wailers” (choć na początku nazwa była nieco dłuższa), w którym grał Bob, Bunny Livingston i Peter Tosh. Szkolił ich Joe Higgs, nazywany ojcem chrzestnym reggae. Później do grupy dołączyły:  Beverly Kelso i Cherry Green i Rita Anderson tworząc chórek. Do międzynarodowej sławy była jeszcze daleka droga. W 1966 roku dwudziestojednoletni Nesta Marley poślubia Ritę, i… wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych.

Stało się w tym czasie coś ważnego. Do Jamajki przybył Haile Selassie, który był dla rastafarian wcieleniem Boga. Rita Marley poruszyła sercem Boba opowieścią o wizycie Jego Cesarskiej Wysokości. Kiedy Nesta wrócił do Kingston postanowił założyć własną wytwórnię płytową i przyjrzeć się ruchowi Rastafari.

Za sprawą Johna Nasha Wailersi odbyli podróż do Nowego Jorku. Zespół zaczął koncertować już nie tylko w Jamajce. Marley udał się do Szwecji, a potem odbył trasę po Wielkiej Brytanii. Kariera muzyków zaczęła stawać się faktem, choć i problemów nie brakowało. Chris Salewicz opisuje jak wyglądała sprawa nagrywania płyt na Jamajce, jak rozwijała się ta dziedzina biznesu. Początkowo muzycy nie mieli nawet praw do swoich utworów.

Dzięki biografii dowiedziałam się na czym polegał ruch Rastafari i na ile Bob był mu wierny. Bo duchowo jego wyznawcy byli mu bardzo bliscy, ale pewnych reguł nie przestrzegał, czy pojmował po swojemu. Jednak to właśnie dzięki Marleyowi świat dowiedział się o ich istnieniu.

Oczywiście, dzisiaj można sobie dokładnie prześledzić przebieg kariery Boba Marleya za pomocą internetu, przeczytać recenzje kolejnych płyt. Jednak Chris Salewicz nie tylko tym się zajmuje. Najcenniejsze dla mnie jest wyjaśnienie, co ukształtowało króla reggae. Dlaczego znany był nie tylko za sprawą swojej muzyki, ale też postawy, którą wybrał? Przecież uznawano go za buntownika, tylko przeciwko czemu protestował? Na te pytania odpowiada autor książki. Przekonały mnie jego objaśnienia.

Ważne w biografii na temat Marleya jest pokazanie wielu czynników, które miały wpływ na króla reggae. Będzie więc krótka historia Jamajki, ruchu Rastafari, czy rodziny z której się wywodził. Olbrzymi wpływ na postawę tego muzyka miały osoby, z którymi się spotkał w swym krótkim życiu. Dowiemy się choćby dlaczego zignorował prośby lekarzy, gdy dowiedział się o pierwszej fazie choroby nowotworowej.

Niezwykłe jest, jaką niewielką szansę miała nawet tak zdolna i ciekawa osoba, by wybić się w tej części świata. A jednak Marleyowi się udało. Dzięki niemu reggae gości na stałe w naszej świadomości. Nawet, jeśli nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy. Bardzo lubię sięgać po biografie, które osadzają opisywaną jednostkę w kontekście społeczno-historycznym. Przez to książka jest niezwykle rzetelna i wartościowa, a przede wyjaśnia, jaki właściwie był jej główny bohater. Wreszcie mogę go lepiej zrozumieć.

Za biografię dziękuję Wydawnictwu SQN.