„Noc żywych Żydów” – Igor Ostachowicz

Noc żywych Żydów„Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza to pozycja, która dostała się do finałowej siódemki książek nominowanych do Nagrody Nike 2013. Już od dłuższego czasu miałam ochotę po nią sięgnąć, ponieważ czytałam sporo pozytywnych recenzji na jej temat. Trafiłam na powieść, w której autor posłużył się groteską.

Wydaje się, że kluczem dla tej powieści jest fakt, iż Warszawa to wielkie cmentarzysko, choć niewiele osób sobie to uświadamia. Główny bohater książki mieszka na Muranowie, przy ulicy Anielewicza. Zajmuje się glazurnictwem, mimo że jest wykształconym człowiekiem i posiada tytuł magistra. Jego życie obraca się wokół pieniędzy, których szelest go uspokaja. Właściwie liczą się tylko gadżety i święty spokój.

Ów porządek zostaje raz na zawsze zburzony, kiedy z piwnic zaczną wychodzić Żydzi. Są wprawdzie martwi, a jednak w jakiś sposób żywi. A glazurnik-antybohater stanie się ich głównym obrońcą i przywódcą, ponieważ wraz z Żydami, pojawiają się neonaziści, którymi kieruje Zupełnie Zły. Zanim dojdzie jednak do ostatecznej walki, główna postać będzie musiała przemyśleć swoją rolę.

Do mieszkania glazurnika trafią żydowskie dzieci. „Trupki” nie będą chciały być nazywane Rachel i Dawid, bo wybiorą sobie bardziej współczesne imiona – Rejczel i Dejwid. Spodoba im się muzyka z dwudziestego pierwszego wieku, iPody oraz gry komputerowe. Wbrew sobie główny bohater stanie się ich sponsorem, bo kiedy martwi Żydzi trafią do centrum handlowego Arkadia, wpadną w wir zakupów, a on nie będzie potrafił im odmówić.

Autor nieprzypadkowo wybrał to miejsce. Właśnie tam, gdzie zbudowano Arkadię, była wcześniej lokomotywownia, z której pociągi odchodziły do Treblinki. Dopiero kiedy Żydzi zaczną wychodzić z piwnic, bohater książki Ostachowicza, uświadomi sobie, gdzie właściwie mieszka. Przypomni sobie, czym było getto oraz jak tam skończyło się powstanie. Zda sobie sprawę, ile ofiar zostało pogrzebanych pod ziemią w jego dzielnicy. Tyle, że teraz martwi zaczynają dochodzić do głosu. Powstają z grobów, ponieważ nikt ich nie zdążył opłakać. Wychodzą z piwnic jako zombie.

Groteskowe wizje Ostachowicza widoczne są na dwóch poziomach. Pierwszy stanowi główne tło powieści z Żydami wyłaniającymi się z muranowskich piwnic. Drugi poziom to  fantasmagoryczne wizje pobytu głównego bohatera we franczyzowym Auschwitz oraz spotkanie z doktorem, który karmi go bulionem z napletków odciętych antysemitom.

Książka „Noc żywych Żydów” napisana została językiem popkultury, choć odnosi się do tematu, o którym zazwyczaj mówi się w niezwykle poważny sposób. Dotyka problemu żydowskiego posługując się obrazami znanymi z horrorów. Ostachowicz pokazuje nam klisze, które przede wszystkim kojarzą się współczesnym odbiorcom z filmami Tarantino, albo horrorami klasy B. Autor łączy obrazy okrucieństwa z komediowym językiem

Igor Ostachowicz udowodnił, że o tak trudnym temacie można mówić posługując się groteską, ale bez przekraczania granic dobrego smaku. Wyszedł mu ciekawy i świeży obraz. Forma, której użył zaskakuje, ponieważ prowokuje, a jednocześnie oswaja z problemem. Już nie tylko widzimy martyrologię Żydów z drugiej wojny światowej poprzez prozę Tadeusza Borowskiego. Dostajemy całkiem nową wizję.

Jednak Ostachowicz nie tylko pisze o Żydach. Przede wszystkim pokazuje współczesnego Polaka. Przyglądamy się głównemu bohaterowi, który w zasadzie jest jeszcze bardziej martwy, niż zombie wychodzący w piwnicy. Kiedy jednak zostaje postawiony w sytuacji zagrożenia, potrafi przeciwstawić się złu. Podejmuje rękawicę i nagle przemawiać zaczynają do niego ideały, o których do tej pory mógł jedynie słyszeć na lekcjach historii. Budzi się w nim poczucie empatii oraz odpowiedzialność. Być może w ten sposób autor pokazuje, że wciąż mamy możliwość wyboru – wystarczy tylko wziąć sprawy w swoje ręce, by stać się lepszym? A może to tylko fantasmagorie i pobożne życzenia?

Setna rocznica urodzin Andrzeja Bobkowskiego – „chuligana wolności”

Szkice piórkiemNiewiele osób wie, kim był Andrzej Bobkowski. Dlaczego tylko nieliczni mieli okazję zapoznać się z jego twórczością? Przyczyną może być fakt, że ten pisarz był zakazany w czasach PRLu, ponieważ jego poglądy były nie do przyjęcia przez ówczesne władze. Dzisiaj można już o nim mówić, więc czas to zrobić.

Gdyby żył, wczoraj skończyłby sto lat. Z okazji jego urodzin różne instytucje postanowiły przybliżyć odbiorcom kultury tego wybitnego człowieka. Najciekawsze informacje, bo przedstawione w interesujący sposób, które mogą zainteresować wielu oraz stanowić niezłe źródło informacji na temat tego „chuligana wolności”, są dostępne tu:

Wirtualna wystawa poprzez platformę Google Cultural Institute;

Polskie Radio.

Uważam, że  Andrzej Bobkowski był świetnym diarystą. Jego „Szkice piórkiem” są dziennikami, które można śmiało położyć na półce obok dzieł Gombrowicza. Tyle, że zostały napisane w zupełnie innym stylu. Zresztą i okoliczności ich powstania były nieco inne.

Andrzej Bobkowski „Szkice piórkiem”  pisał podczas drugiej wojny światowej, we Francji. Zapiski prowadzone były od maja 1940 do sierpnia 1944 roku. Wybór dat nie był przypadkowy, ponieważ dziennik powstawał w latach, kiedy Francja zanalazła się pod niemiecką okupacją. Kraj-ideał, tak uwielbiany przez Bobkowskiego nagle sięgnął bruku i właśnie to skłoniło autora do pisania. A obserwował go z perspektywy kierownicy rowerowej, ponieważ próbował dostać się do ukochanej Basi do Paryża. Przemierza Francję i notuje. Szuka i odnajduje ciekawe zestawienia np. symbolu zwycięstwa – łuku Carroussel – z maszerującym oddziałem wojsk nazistowskich.

Obrazki z życia codziennego Paryża pod okupacją niemiecką są niezwykłe. Bobkowski do tworzenia opisów wykorzystuje wszystkie zmysły, choć najważniejszym z nich jest wzrok. Dzięki temu w intensywny sposób odczuwamy tamten klimat.

Bobkowski w „Szkicach piórkiem” w fascynujący sposób opowiada o regułach wojennej rzeczywistości we Francji, zachowania Francuzów i okupantów. Fascynuje go Paryż, ale widać, że jest to miłość zawiedziona. Wszystko przez postawę Francuzów podczas drugiej wojny światowej. Opis miasta upadłego zaskakuje, bo jego mieszkańcy za wszelką cenę chcą być tacy, jak przed wojną. Nie liczy się honor, a obłuda paryżan jest widoczna na każdym kroku.

Szkoda, że takie dzieło znane jest tylko nielicznym. Ale może się mylę? Wprawdzie sama czuję niedosyt, ponieważ nie znam tak dobrze tego pisarza, jak bym chciała. Nawet samych recenzji na temat jego twórczości jest mało. Myślę, że takie nagłaśnianie spowoduje, że Bobkowski stanie się szerzej znany. Choć nie pokusiłabym się o stwierdzenie – popularny…

Diuna – Frank Herbert

DiunaO tej ksiażce napisano już chyba wszystko. Aż wstyd się przyznać, że jej wcześniej nie czytałam. Przyczyna była niezwykle prosta… W bibliotece brakowało jednego tomu, a kupić jej nie było gdzie. W zamierzchłych czasach oczywiście. Wreszcie krętymi ścieżkami dotarły do mnie kolejne części. Mogłam zacząć od początku.

„Diuna” Franka Herberta została napisana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Powieść powstała w czasach świetności literatury science-fiction i zaraz zajęła miejsce na samych jej szczytach. Przynam, że po powieści s-f sięgam jedynie wtedy, kiedy staną się kultowymi – na inne zwykle brakuje czasu (albo wyobraźni).

Mój odbiór tej lektury wypaczył nieco film w reżyserii Davida Lyncha. Nie przepadam za taką kolejnościa. Wolę najpierw czytać książkę, a potem obejrzeć adaptację filmową. Tym razem wyszło inaczej, dlatego głównego bohatera powieści – Paula Atrydę – widzę z twarzą Kyle’a MacLachlana.

Na pustynną planetę nazywaną Diuną, przybywa książęca rodzina Atrydów. Otrzymują tę ziemię w lenno. Arrakis – inna nazwa tej planety – jest niezwykle ważna, ponieważ na niej wydobywa się cenną przyprawę: melanż. Jednak zdobywanie tej substancji, pomagającej w jasnowidzeniu, utrudniają olbrzymie czerwie, żyjące w gorących piaskach pustyni.Diuna tom 2

Ojciec Paula Atrydy – Leto, zostaje zgładzony przez Harkonnenów. Dochodzi do przewrotu. Matka Paula ucieka wraz synem na pustynię, tam trafiają na sicz Fremenów. Ludzie pustyni przyjmują Paula, który dokonuje w sobie przemiany i zostaje wyczekiwanym przez lata Muad’Dibem. Kimś, kto ma przeciwstawić się Harkonnenom.

„Diuna” Franka Herberta zaskakuje wielością problemów, które podejmuje. Istotne są tu zagadnienia natury ekologicznej, pytania o wagę religii w kształtowaniu się historii. Fascynuje sam wykreowany przez autora świat. Jest dokładny, szczegółowy i niezwykle bogaty. Ale to dopiero początek. Świata przedstawiony zostaje wzbogacony o ciekawą fabułę.

Bardzo ważne są zagadnienia, które porusza Herbert. Pierwszy to problem władzy. Jaki ma wpływ na jednostkę, ile trzeba zapłacić za jej posiadanie? Co można poświęcić w imię władzy? Jakim kosztem? Takie pytania nasuwają się podczas lektury tej epopei.

Oczywiście dopiero zaczynamy się zbliżać do sedna. Druga istotna sprawa to kwestia ekologii. Arrakis ma służyć głównie do tego, by dawać melanż. Ale jakie będą tego skutki? Fremeni z kolei mają niezwykły plan, by wzbogacić planetę w wodę. Wymaga on jednak pracy wielu pokoleń. Czyje siły zwyciężą?

Ważną rolę w powieści odgrywa Paul Atryda, w którym wielu widzi mesjasza. Polityka oraz religia splątują się z sobą i łączą. Główny bohater ma spełnić niemal boskie zadanie, ale potrafi cierpieć i kochać. Jest człowiekiem z krwi i kości, choć o niezwykłych umiejętnościach. Rola, którą ma do spełnienia, przytłacza go, a jednocześnie daje siłę do działania.

Powieść Franka Herberta nie trąci myszką. Mimo, że wiele książek s-f ulega dezaktualizacji, bo zwyczajnie w świecie się starzeją. Tu, dzięki wykreowaniu tak spójnego świata, nic podobnego się nie dzieje. Dlatego warto sięgnąć po tego klasyka, by zobaczyć, jak olbrzymią wyobraźnią dysponował autor. Oczywiście lektura będzie wymagała pewnego wysiłku. Tyle, że warto podjąć wyzwanie. Przyzwyczajenie się do innych nazw, obcych terminologii może się przydać, zwłaszcza, że kolejne tomy tej epopei przede mną. Uczta dla umysłu jest niezapomniana i jedyna w swoim rodzaju.

„To wszystko rodzina!” – A. Maxeiner i A. Kuhl

To wszystko rodzina!Jak opowiedzieć o dziecku nowej partnerki brata poprzedniej żony taty? Skomplikowane? Cóż, rodzina nie zawsze zgadza się ze schematem – rodzice i dzieci (najlepiej dwoje). Alexandra Maxeiner i Ankhe Kuhl w książce „To wszystko rodzina!” postanowiły opowiedzieć młodym odbiorcom o relacjach międzyludzkich. Wcześniej już mieliśmy do czynienia z tymi autorkami, przy okazji walki z grymaszeniem czytaliśmy „To wszystko pyszne”.

Jeśli cofnęlibyśmy się parę pokoleń wstecz, okazałoby się, że w przeszłości to zagadnienie również było dosyć skomplikowane. Kto dziś  wie, kim jest świekra? Dawniej o krewnych i powinowatych trzeba było się uczyć, bardziej niż współczesnie o znanych postaciach. I też nie było łatwo.

Teraz niemal nie potrafimy odróżnić stryja od wujka (zależy to od regionu Polski). Ale bardziej skomplikowane może okazać się określanie najbliższych relacji rodzinnych. Współczesne rodziny nie zawsze są tak proste, jak przysłowiowy model: mama, tata, dzieci.

Autorki „To wszystko rodzina” postarały się, by pokazać młodym czytelnikom, że człowiek jest istotą rodzinną, niezależnie od tego, co daje mu los. Przedstawiły rodziny wielopokoleniowe, rozbite, klasyczne. Dodały do tego  świetne ilustracje, przybliżające dzieciom to, o czym mowa w książce.

Relacje rodzinne są skomplikowane. Jednak A. Maxeiner i A. Kuhl nie miały zamiaru niczego ukrywać. Z książki wypływa przesłanie, że każda rodzina jest ważna. Dzieciaki po tej lekturze będą mogły odnaleźć się w którymś z podanych modeli. A jest ich sporo. Autorki nie bały się pokazać adopcji, rodzin tęczowych.

Co ciekawe, dla dzieci wszystko było łatwe do zaakceptowania. Same twórczynie nigdzie nie oceniają modeli rodzin. Oprócz jednego przypadku… Według nich można wiele akceptować, o ile nie ma w tym przemocy. Wyraźnie zostało zaznaczone, że nie wolno bić dzieci. A czy rodzina jest pełna, czy nie, jest już mniej ważne – chodzi przecież o to, by dzieci żyły szczęśliwie.

Największe emocje wzbudziło w naszych pociechach pojęcie braterstwa krwi. Żadne tam rodziny homoseksualne. Widać jest, że dzieci łatwo akceptują różne modele do momentu, kiedy ktoś nie zacznie ich oceniać, wpływać na ich zdanie. Pisarki w taki sposób zajęły się tymi kontrowersyjnymi tematami, by zaspokoić ciekawość młodych czytelników, ale w najprostszy z możliwych sposobów. Nie można więc mówić o rodzeniu niezdrowej ciekawości. Nawet pojawiają się tzw. brzydkie słowa, które – jak tłumaczą autorki – pojawiają się, gdy członkowie rodziny się kłócą. Pokazują jednak, że możliwy jest następny krok – pogodzenie się.

Podobała nam się ta książka, ponieważ pokazuje, jak barwny jest nasz świat. Bez oceniania i krytykowania. Napisana prostym jezykiem, tak by zaspokoić ciekawość młodych odbiorców. Oni też mają prawo wiedzieć kim są ich krewni. Uważam, że najlepiej jest, gdy tego typu książki staną się podstawą do rozmów z rodzicami. Trzeba pamiętać, jak ważne jest, by wielu rzeczy maluchy dowiadywały się od nas, a nie kolegów z podwórka…

Dziękuję Czarnej Owieczce za książkę 🙂

„Baltic. Pies, który płynął na krze” – Barbara Gawryluk

Baltic. Pies, który płynął na krze - B. GawrylukDzieci, które uwielbiają psy, mają sporo książek po które mogą sięgać, by rozwijać swoje zainteresowania. Córka przechodzi chorobę zwaną „bardzo chcę psa”, wypożycza z biblioteki lektury tylko i wyłącznie o zwierzętach. Dlatego pierwszej historii autorstwa Barbary Gawryluk pt. „Dżok” dzieciaki słuchały jak zaczarowane. I tym razem autorka również odwołała się do prawdziwych wydarzeń. Historia Baltica w 2010 roku obiegła przecież cały świat.

Tytułowy, czworonożny bohater, bardzo boi się fajerwerków. Strach daje mu tyle sił, że ostatniego dnia w roku zrywa się z łańcucha. Biegnie gdzieś daleko przed siebie, gdzie go łapy poniosą. Głodny i przemarznięty tuła się i choć ludzie próbują mu pomóc, to zawsze jest coś, co w tym przeszkadza. Albo słychać spóźnione fajerwerki, albo pojawia się straż miejska i pies czuje, że musi uciekać. Wreszcie spragniony dociera nad rzekę. Jednak i tu czekają na niego niespodzianki. Trafia na krę wtedy, kiedy wysadzany jest lód i zostaje uwięziony na jednej z takich mroźnych tafli. Nie chce podpłynąć do próbujących ratować go ludzi, jest też zbyt niebezpiecznie, by mogły pomóc mu łodzie ratunkowe.

Oczywiście historia Baltica kończy się dobrze. Pies zostaje uratowany przez marynarza, ale dopiero wtedy, kiedy zwierzę dotrze na pełne morze. Barbara Gawryluk, podobnie jak w „Dżoku”, stara się opisać świat z punktu widzenia psa. Bohater ma swoje uczucia, przemyślenia i lęki. Te ostatnie doprowadzają  niemal do tragedii. Pan Adam, który uratował psa, daje mu też poczucie szczęścia. Wtedy też zwierzak odzyska wiarę w ludzi. Z nieufnego zwierzaka zmieni się w kochającego i wiernego czworonoga. Jego smutny los wreszcie się odmienia.

Barbara Gawryluk poprzez historię „Baltica” uczy dzieci miłości do zwierząt. Udowadnia, że zwierzę potrafi cierpieć, bać się, ale i bezgranicznie kochać. Dużo zależy od tego, na kogo trafi taki psiak. Bohater, po wielu przeszkodach, ostatecznie rozkwita przy panu Adamie. Podobnie dzieje się z marynarzem, który uratował Baltica. On też staje się bardziej szczęśliwy.

Myślę, że po lekturze takiej książki dzieci stają się bardziej wrażliwe. Nie ma w niej miejsca na obojętność. A ciepła tu wiele – nawet ilustracje świetnie oddają nastrój tej opowieści. Mogę polecić „Baltica” dzieciom od piątego, szóstego roku życia.

Historia tego czworonoga trafiła nawet na deski Teatru Miniatura w Gdańsku. Sztuka nosi tytuł „Baltic. Pies na krze” w reżyserii Romualda Wicza-Pokojskiego. Spektakl bierze udział w 19 Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Niestety, jeszcze nie widzieliśmy tego spektaklu. Przyznam, że sama jestem ciekawa i chętnie bym go obejrzała…

Kalkwerk – T. Bernhard

T. Bernhard - Kalkwerk

Kalkwerk

Thomas Bernhard uważany jest za jednego z najważniejszych pisarzy niemieckojęzycznych dwudziestego wieku. Tego austriackiego twórcę poznałam dzięki powieści „Kalkwerk”. Niektórzy może znają świetną sztukę teatralną Krystiana Lupy, który zaadoptował powieść na potrzeby spektaklu. Zresztą sam Bernhard był dramatopisarzem.

Powieść „Kalkwerk” powstała w 1970 roku, w Polsce wydano ją po raz pierwszy w 1986. Miałam okazję sięgnąć po wersję z Wydawnictwa Officyna, z posłowiem Karola Franczaka i rysunkami wymienianego już wcześniej Krystiana Lupy.

Główny bohater zamordował swoją niepełnosprawną żonę. Konrad zostaje ujęty przez żandarmów po dwóch dniach od dokonania zbrodni. Poszukiwany odnajduje się w szambie koło swego domu. Prócz rozbryzganego mózgu ofiary mamy kolejne zmysłowe doznanie, tym razem smród, jaki rozchodzi się wokół sprawcy.

Kim jest Konrad? Dlaczego zabił? Co go do tego doprowadziło? Na te najprostsze pytania trudno znaleźć odpowiedź. Z jednej strony Konrad jest niespełnionym artystą, niedoszłym naukowcem, a z drugiej kimś na granicy obłędu. Przez wiele lat przygotowuje się do napisania studium o słuchu. Efektem jego pracy jest pusta kartka. Myślenie nad dziełem staje się jego obsesją i źródłem nieszczęść. Cierpi na tym również żona. Konrad męczy ją jak królika doświadczalnego, a efektów brak.

Może źródłem nieszczęść jest miejsce – owo Kalkwerk? Konradowie mieszkali tam przez pięć lat, choć wcześniej podróżowali po całym wielkim świecie. Miejsce to można tłumaczyć jako zakład wapienniczy. Wieloznaczność narzuca się sama przez siebie… Czy to bohater ulega skostnieniu, czy podobnie dzieje się z jego umysłem i ideami?

Jak widać pada mnóstwo pytań, jednak każdy czytelnik musi znaleźć swoją drogę na interpretację tej niezwykłej lektury. Wyczuć można u T. Bernharda inspiracje kafkowskie i strindbergowskie. Właśnie ci twórcy chyba najbardziej wpłynęli na tę powieść.

Bohater odrzuca czytelnika i fascynuje. Podobnie dzieje się z formą tej powieści. Autor postawił nam wysoko poprzeczkę. Odbiór książki jest bardzo trudny. „Kalkwerk” napisany został jako monolog. Gdyby choć jednej postaci… Otrzymujemy zdania wielokrotnie złożone, które są relacjami – niekiedy sprzecznymi – kilku postaci na temat Konrada. Ale nie ma dialogów, a nieliczne akapity rozpoczynają się od wielokropków. Dlatego książka wymaga olbrzymiego skupienia. Łatwo się pogubić w wypowiedziach kolejnych osób. A jakby przy okazji powstaje coś niezwykłego i niejednoznacznego oraz godnego uwagi.

Thomas Bernhard w „Kalkwerk” buduje swoje własne studium. Tyle, że nie o słuchu a o człowieku. Daje nam obraz postaci i podkreśla, że mimo relacji wielu osób, nigdy nie dowiemy się prawdy o drugiej istocie. Powstaje tylko zniekształcone odbicie rzeczywistości – sprzeczne, pełne niedopowiedzeń i jednocześnie ukryte przed innymi. Po człowieku pozostanie nam pusta karta – tabula rasa. A nie tak jakby chcieli starożytni filozofowie, na początku jego istnienia. Później jest jeszcze trudniej…

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Officyna.