„W krainie czarów” Sylwia Chutnik

W krainie czarówZ twórczości Sylwii Chutnik poznałam do tej pory jedynie „Cwaniary”. Teraz za sprawą książki „W krainie czarów” mogłam się przyjrzeć opowiadaniom jej autorstwa i dramatowi, który został umieszczony w zbiorze. Niektóre z tekstów były już publikowane w antologiach, teraz zostały zebrane i umieszczone w jednej książce.

Autorka jest też działaczką społeczną: m.in. kieruje Fundacją MaMa, dbającą o prawa matek oraz należy do Porozumienia Kobiet 8 Marca. Według mnie ma to znaczenie, gdyż z pewnością ta aktywność wpływa w pewien sposób na dobór tematów podejmowanych przez Sylwię Chutnik. W zbiorze opowiadań ?W krainie czarów? widać wyraźnie, że nie da się oddzielić obu działalności. Za to jedno i drugie można robić dobrze, świadczą o tym nagrody, bo w 2008 roku pisarka została laureatką Paszportu Polityki, a rok później otrzymała Społecznego Nobla Ashoki.

Opowiadania, z którymi mamy do czynienia, zabierają nas w świat, który niewiele ma wspólnego z krainą czarów. Nie ma w nim niewinnej Alicji, a my zostajemy wyrwani z magicznego miejsca, gdzieś gdzie przebywają ludzie, którzy muszą poradzić sobie z jakąś trudną sytuacją życiową. W pierwszym tekście bohaterka mówi:

„Jestem jak Alicja z deficytem czarów, która rośnie lub kurczy się nerwowo, jeśli coś dzieje się w jej życiu nie tak. Tchórzliwa dziewczynka w za małych butach i za dużej sukience.” (s.9-10). Główna bohaterka stanowi alter ego autorki. Zostaje wyrzucona z raju dzieciństwa po śmierci dziadka. Musi się zmierzyć z brakiem bliskiej osoby, a to sprawia, że staje się dorosła.

Inne opowiadanie: „Wszystko zależy od pani” ma ironiczny tytuł. Jest to historia kobiety, która niewiele może zrobić, by poprawić swój byt. Mimo skończonych wielu fakultetów trudno jej znaleźć pracę, a wolność okazuje się tylko ułudą. Życie okazuje się być czymś w rodzaju pułapki, w którą wpada bohaterka i nie może się z niej wyrwać. Inni radzą sobie lepiej, ale i oni w każdej chwili mogą zostać zastąpieni.

Dwa utwory nawiązują do czasów drugiej wojny światowej. Opowiadanie „Muranooo” przypomina „Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza. Przedwojenna kamienica i duchy znajdujące się w piwnicy – to łączy teksty tych autorów. U Sylwii Chutnik jest jeszcze babcia, która składa swoje wnuczęta w ofierze Żydom, którzy zginęli podczas wojny. „Piwnica” różni się od pozostałych opowiadań, bo napisana została w formie dramatu, a radiowa Trójka wyemitowała niedawno słuchowisko na jego podstawie. Akcja rozgrywa się właśnie w piwnicy i pokazuje, jak mogła wyglądać walka o przetrwanie zwykłych kobiet, które chroniły się przed bombardowaniami w czasie powstania warszawskiego.

Sylwia Chutnik pokazuje przede wszystkim kobiety, które sobie nie do końca radzą. Piękny świat jest gdzie indziej. Za to autorka przygląda im się z empatią. Przy okazji czytelnicy oglądają życie z perspektywy człowieka „po przejściach”, by ostatecznie postarać się go zrozumieć. Pisarka odkrywa przed odbiorcą zwyczajnych ludzi, choć życie ich nie rozpieszcza. Wielu z nich musi poradzić sobie z jakimś trudnym wyborem, czy stanąć twarzą w twarz z przeciwnościami losu. Co się dzieje z człowiekiem po stracie kogoś bardzo bliskiego?  Albo, czy morderstwo może stać się przeszkodą w drodze do Boga?

Autorka skupia się w swoich opowiadaniach na empatii. I choć nie będzie czarów, tylko proza życia, to staramy się zrozumieć postacie i im współczuć. Dzięki Sylwii Chutnik stajemy się świadkami tych historii, zarówno nieudaczników, jak i ludzi, którzy zostali pokiereszowani przez życie. Zrozumiemy tych, którzy zostali wykluczeni, albo znaleźli się na marginesie. Pod względem literackim teksty są udane, przekonują zarówno opisy, jak i historie, którymi autorka nas raczy. Bo choć wybiera bohaterów zwyczajnych, którym niekoniecznie się w życiu udaje, gdzieś tam jednak tli się dla nich ziarenko nadziei.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

„Horror Show” Łukasz Orbitowski

Horror showDzięki „Szczęśliwej ziemi” o Łukaszu Orbitowskim zrobiło się głośno. Książka zdążyła już zdobyć spore uznanie, choćby za sprawą nominacji do Paszportów Polityki, czy Nike. Niedawno wydawnictwo Ha!art wznowiło powieść tego autora z 2006 roku: „Horror show”, o której Orbitowski mówi, że to była najlepsza rzecz jak mu wyszła (nie licząc ostatniego tytułu). Książka, która stanowiła debiut powieściowy tego autora, trafiła i do mnie, a ja mam okazję, by zobaczyć od czego zaczynał Łukasz Orbitowski.

Głównym bohaterem „Horror show” jest Giełdziarz. Nie wiemy jak ma na imię, znamy tylko jego ksywkę. Oczywiście młodzi odbiorcy już pewnie nie wiedzą czym była giełda w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku – czyli rodzaj targu, na którym można było nabyć nielegalne kopie płyt z muzyką, filmami i grami komputerowymi. Kilkanaście lat temu piractwo internetowe jeszcze nie istniało (a przynajmniej było dostępne tylko dla wybranych)…

Giełdziarz handluje w Krakowie na Balickiej. Sprzedaż takiego towaru jest nielegalna, więc co jakiś czas należy spodziewać się nalotu policji na giełdę. Mimo tego typu niedogodności główny bohater radzi sobie całkiem nieźle. Ma nawet dziewczynę, która zjawia się u niego na weekend regularnie co dwa tygodnie.

Wszystko nagle się zmienia, gdy w ręce Giełdziarza wpada tajemnicza układanka i świecznik. Nagle okazuje się, że bohater nieświadomie wplątuje się w ciąg mrocznych sytuacji, a jego życie rozpada się na drobne kawałki. Ukochana okazuje się być prostytutką, początkowo wynajmowaną dla żartu przez kumpli. Giną współpracownicy i znajomi Giełdziarza. Były współpracownik Szpad z jakiejś przyczyny utrudnia mu życie.

Kraków staje się scenerią dla drastycznych, mrożących krew w żyłach wydarzeń, choć do tej pory kojarzył się czytelnikom miło i przyjemnie – tu nie ma miejsca na sentymentalne odczucia. Zamiast Sukiennic będą szare i brudne knajpy, które autor opisuje porównując je do różnych ras psów. Natomiast celem Giełdziarza stanie się ułożenie układanki – zarówno w sposób dosłowny, jak i symboliczny.

Główny bohater jest człowiekiem bez tożsamości, którego złe siły chcą unicestwić. Giełdziarz postanawia się dowiedzieć, kim jest Wuj, czyli właściciel układanki, ale właśnie wtedy zaczynają dziać się rzeczy straszne. Ten, którego uznaliśmy za bezwzględnego twardziela, nagle będzie potrafił wykrzesać z siebie dobre cechy, ten pozornie słaby – stanie się niezwykle okrutny. Giełdziarz pozna tajemniczego, rudowłosego Brandona, który chce się ukryć przed Wujem. Ten staruszek, wymiotujący białymi robalami, wprowadza do historii elementy horroru. Kim jest ta tajemnicza postać, co chce osiągnąć? Dowiemy się po ułożeniu wszystkich puzzli.

Łukasz Orbitowski cały czas bawi się konwencją horroru. Zło czai się w mrocznych zaułkach Krakowa i w każdej chwili może zaatakować. Podróż po mieście wraz z głównym bohaterem jest oniryczna, nie do końca wiemy, co wydarzyło się w rzeczywistości, a co jest tylko ułudą, nieco to utrudnia odbiór „Horror Show”. Strach nie potrzebuje widowiskowych kostiumów, tu tkwi gdzieś podskórnie. Autor zastosował w tym miejscu ironię. Zresztą dystans Orbitowskiego wciąż jest obecny, np. poprzez liczne nawiązania literackie. Podoba mi się poczucie humoru autora – bo, gdy wchodzimy do zrujnowanego i okradzionego mieszkania, nienaruszona okazuje się być biblioteczka dawnego właściciela, w której znajdują się książki Andrzejewskiego, Słonimskiego, Putramenta, czy Brezy…

„Horror Show” stanowi ciekawy przykład horroru realistycznego w polskiej scenerii. Co z tego, że naczytaliście się Kinga, czy Mastertona, jeśli opisywane wydarzenia miały miejsce gdzieś daleko, czujecie się bezpieczni. Tu zło czai się blisko, bo w Krakowie. Jako, że Orbitowski zastosował koncepcję everymana, mamy świadomość że Giełdziarzem może być każdy z nas, a po skórze przebiega dreszcz strachu… I o to chodzi.

Dziękuję Korporacji Ha!art za książkę.

„Szczęśliwa ziemia” – Łukasz Orbitowski

Szczęśliwa ziemiaŁukasz Orbitowski znalazł się w trójce kandydatów do „Paszportów Polityki”. Choć nie wygrał, chciałam poznać powieść, dzięki której uzyskał nominację do tej nagrody. Proza tego pisarza zaliczana jest do nurtu fantastyki i grozy. W związku z tym, że tak dużo się mówi o „Szczęśliwej ziemi”, postanowiłam przyjrzeć się najnowszej powieści Łukasza Orbitowskiego. Fakt, że powieść pisana jest w podobnym stylu jak książki Stephena Kinga, jeszcze mogłoby mnie nie przekonać do lektury „Szczęśliwej ziemi”. Za to osadzenie jej w polskich realiach i zwrócenie uwagi na pokolenie współczesnych trzydziestolatków zabrzmiało już niezwykle obiecująco.

Problem z tą powieścią polega na tym, że nie należy zdradzać zbyt wiele z fabuły. Autor opisuje fikcyjne miejsce – Rykusmyku. Jest to małe prowincjonalne miasteczko, które może się szczycić posiadaniem zamku. Wprawdzie są tu głównie ruiny, ale miejsce to szczyci się niechlubną sławą. W Rykusmyku mieszkają główni bohaterowie książki: Sikorka, Blekota, DJ Krzywda, Trombek i Sedes. Młodzi chłopcy wspólnie dojrzewają, mają marzenia. Żyją w cieniu zamku i właśnie on wpłynie na ich przyszłe życie.

Kiedy bohaterowie zdecydują się na zejście do podziemi zamku, wydarzy się coś, co całkowicie zmieni ich życie. Od tego momentu rozpoczyna się ich dorosłość.Trójka z bohaterów postanawia opuścić Rykusmyku. Każdy z nich ma jakiś cel w życiu. W miasteczku pozostaje tylko Szymek-Sedes. Ostatni z bohaterów słyszy w głowie „skrzek”, który go czyni bezradnym wobec życia. Nie jest w stanie niczego zrobić.

Młodzi mężczyźni, którzy wyjechali, również posiadają pewien defekt. Mają swoje pragnienia, ale realizują je na opak. Chcą miłości, bogactwa, sukcesu. Nawet, gdy dochodzą do wymarzonego celu, nie potrafią go utrzymać. Nie mają dość siły, by to, co zdobyli pielęgnować. Pokolenie trzydziestolatków opisywanych przez Łukasza Orbitowskiego skazane jest na zmarnowanie. Za szybko chcą osiągnąć coś, co nie jest realne. Patrzą na wysokie góry, a nie potrafią zdobyć małych pagórków. Nie potrafią cieszyć się z małych sukcesów. Stąd się bierze ich niechęć do wszystkiego i brak siły na zmienianie swojego życia.

W książce świat realny przeplata się z magicznym. Fantastyka jest jednak komentarzem do tego, co rzeczywiste. W podziemiach zamku mieszka tajemnicze zwierzę, które potrafi spełniać marzenia. Mamy do czynienia z archetypicznym kultem byka, który domaga się ofiar. Może pomóc, jednak żąda wysokiej ceny. Młodzi chłopcy przechodzą w ruinach zamku pewną inicjację. Po latach Bartek, Staszek i Karol wrócą  do Rykusmyku. Mają zamiar  zmierzyć się z przeszłością i spróbować cofnąć czas. Jednak Orbitowski nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi. Trudno określić jak to, co się wydarzyło w podziemiach zamku, wpłynęło na bohaterów. Widzimy jedynie ich nieudolność życiową.

Autor powieści każe czytelnikowi zastanowić się nad ludzką egzystencją. Podczas lektury „Szczęśliwej ziemi” zadawałam sobie pytanie, na ile jesteśmy w stanie wpłynąć na swój los? Może to nasza postawa nie pozwala nam sięgać wyżej, choć w młodości stawialiśmy sobie poprzeczkę na zupełnie innym poziomie? A z drugiej strony, czy człowiek potrafiłby udźwignąć nadmiar szczęścia? Czy zauważyłby, ile go posiada i docenił? Patrząc przez pryzmat własnego egoizmu bohaterom tej powieści udaje się jedynie upaść, a rzeczywistość stanie się dla nich grozą.

Przyznam, że „Szczęśliwa ziemia” nie jest łatwą lekturą, która ma jedynie przestraszyć. Niektórzy traktują grozę jako element rozrywki. Orbitowski udowadnia, że można przeplatając elementy fantastyki i realizmu, dać czytelnikowi powieść o ludzkiej egzystencji. Przerażać może to, że jest to książka o nas samych. Zależy tylko, jak wybraliśmy między „mieć” a „być”.

Dziękuję za powieść Wydawnictwu SQN.

„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” – Ziemowit Szczerek

Przyjdzie Mordor i nas zjeWspominałam już o Ziemowicie Szczerku – tegorocznym laureacie Paszportów Polityki w kategorii literatura. Czas zatem na książkę tego autora, która intryguje już samym tytułem – „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”. Co może łączyć tolkienowską mroczną krainę z podróżami na Ukrainę? Odpowiedź okaże się zaskakująca. Jeśli jednak ktoś spodziewa się po książce Szczerka reportażu w stylu Ryszarda Kapuścińskiego, może się zawieść. Nadchodzi era gonzo…

Główny bohater książki – Łukasz Ponczyński, co jakiś czas udaje się w podróż na Ukrainę. Obserwuje ten kraj, jego mieszkańców oraz gości, którzy tam przybywają. I opisuje. Robi to w taki sposób, że przełamuje wszelkie możliwe oraz znane nam schematy. Jest niegrzecznie, hardkorowo, wulgarnie. Tego typu forma reportażowa nazywana jest gonzo. Książka ma w sobie coś z powieści i literatury faktu. Istotne jest, że autor nie ukrywa, iż stosuje subiektywny i ubarwiony opis rzeczywistości. Bohater książki opisuje zastaną rzeczywistość, a przy okazji najbardziej krytykuje Polaków udających się na Ukrainę. Żeby było bardziej kontrowersyjnie, sam utrzymuje się z pisania mocno ubarwionych artykułów o naszym wschodnim sąsiedzie.

Ludzie podróżują – ot, takie banalne stwierdzenie. Jedni wybierają świetnie zorganizowane wycieczki, które oferują biura podróży. Inni chcą się od tego odciąć, a jednocześnie dowartościować, więc jadą w miejsca ekstremalne, by poczuć adrenalinę. Oba typy turystyki Ziemowit Szczerek wyśmiewa. Bo po co Polacy jeżdżą na Ukrainę? Autor odpowiada: by leczyć kompleksy, ukazywać swoją wyższość. Wschód staje się dla nas starą fotografią, do której wracamy, by pokazać, że my, teraz, jesteśmy znacznie lepsi, cywilizowani. Poprzez Ukrainę chcemy podkreślać nasze wspaniałe oblicze: Polaka- Mesjasza narodów, odkupiciela, obrońcę chrześcijańskich wartości. Czy aby na pewno tak się dzieje?

Łukasz Ponczyński na swojej drodze spotyka wielu rodaków, czasem z nimi przemierza Wschód. Jednak wszystko co go spotyka, zmienia stopniowo jego nastawienie do Ukrainy. Początkowo nie różni się od osób przez niego opisywanych. Nie ukrywa, że czerpie z beatników, chce być trochę jak Kerouac, więc muszą pojawić się narkotyki, alkohol. Jednak zamiast jazzu, będzie ruskie disco, a podróżnikom musi towarzyszyć balsam Wigor na potencję, zapijany kwasem chlebowym.

Ziemowit Szczerek pokazuje, że nie można już wrócić do Ukrainy ze „Sklepów cynamonowych”. Pijane sentymentalne studentki polonistyki przybyły do Drohobycza „oddać hołd wielkiemu polsko-żydowskiemu pisarzowi, mistrzowi mowy polskiej” (s. 31). Jednak umiejętności językowe Marzeny i Bożeny pozostawiają wiele do życzenia, a ideał po raz kolejny sięgnął bruku.  Łukasz naśmiewa się z turystów licytujących się na cmentarzu Orląt Lwowskich, kto zrobi sobie fotografię, przy najmłodszej ofierze. Powstaje z tego groteskowy obraz, w którym „Hawran (…) zrobił komórką zdjęcie facetowi, który robił komórką zdjęcie swojej żonie, która robiła komórką zdjęcie białemu krzyżowi, pod którym leżało najmłodsze z Orląt: Jaś, który miał dziesięć lat” (s. 57).

Inni chcą na siłę zaznać czystej ukraińskości. Zmuszają więc lokalnych mieszkańców do picia wódki – obowiązkowo w szklankach. Nawet chorego postawią na nogi, byle tylko osiągnąć swój cel, a ostatecznie móc się pochwalić po powrocie przed kolegami, jakiego hardkoru doświadczyli, przy dźwiękach bałałajki.

Jeden z bohaterów książki – Taras – porównuję Ukrainę do Mordoru. Według niego Tolkien we „Władcy pierścieni” pokazał, że na wschodzie jest tylko „szara masa, której wszyscy się boją. Barbarzyńcy. Tępe, grubo ciosane orki i trolle o mordach jak kalarepa. Chlupiące w szaroburym krajobrazie. (s.166)”. Oczywiście, niemal wszystkie dyskusje odbywają się przy stole suto zastawionym alkoholem.

Mocną stroną książki Szczerka jest jej język. Autor nie boi się posłużyć słownictwem ulicy, by za chwilę wrócić do literackiej polszczyzny. Skoro opisuje dyskusje podczas libacji alkoholowych, muszą pojawić się i wulgaryzmy. Jednak Szczerek posługuje się nimi tak naturalnie i swobodnie, że stają się niemal poezją. Czymś, bez czego książka straciłaby na autentyczności.

Co pozostaje po lekturze „Mordora”. Niewątpliwie kac moralny. Autor wciąga nas w swoje gonzo. Daje stereotypowe opowieści, nakręca nas, by za chwilę zapytać: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”. Głównemu bohaterowi po podróżach pozostał wstyd. Za to, że nie potrafił odciąć się od uczucia wyższości wobec Ukrainy i traktowania jej z góry. Czy nastąpi oczyszczenie i zmiana w mentalności Łukasza Ponczyńskiego? Czytelnikom książka daje do myślenia, i do wiwatu. Na tym polega siła „Mordora”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Ha!art.

Laureat Paszportów Polityki w kategorii literatura: Ziemowit Szczerek

Przyjdzie MordorLaureat tegorocznych Paszportów Polityki zwraca uwagę niezwykle literackim imieniem i nazwiskiem. Równie intrygujący jest tytuł jego książki: „Przyjdzie Mordor i nas zje. Czyli tajna historia Słowian” wydany przez Ha!art. Słuchałam audycji na temat tej książki i przyznam, że mnie zaintrygowała. Czy uda mi się po nią sięgnąć? To nie jedyne moje ciche marzenie. W planach mam jeszcze powieść Łukasza Orbitowskiego, „Szczęśliwa ziemia”. Wiele osób zachwyca się z kolei Małgorzatą Rejmer i jej książką „Bukareszt. Kurz i krew”. A miało nie być planów. Cóż, jak widać tworzą się same. Takie spontaniczne całkiem mi odpowiadają…

W ubiegłym roku laureatem Paszportów Polityki został Szczepan Twardoch. Jego Morfina mnie zachwyciła. Również pozostałe nominacje były bardzo dobre. Czyli młodzi polscy pisarze mają coś do powiedzenia. Przyznam, że mnie to cieszy.