„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” – Ziemowit Szczerek

Przyjdzie Mordor i nas zjeWspominałam już o Ziemowicie Szczerku – tegorocznym laureacie Paszportów Polityki w kategorii literatura. Czas zatem na książkę tego autora, która intryguje już samym tytułem – „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”. Co może łączyć tolkienowską mroczną krainę z podróżami na Ukrainę? Odpowiedź okaże się zaskakująca. Jeśli jednak ktoś spodziewa się po książce Szczerka reportażu w stylu Ryszarda Kapuścińskiego, może się zawieść. Nadchodzi era gonzo…

Główny bohater książki – Łukasz Ponczyński, co jakiś czas udaje się w podróż na Ukrainę. Obserwuje ten kraj, jego mieszkańców oraz gości, którzy tam przybywają. I opisuje. Robi to w taki sposób, że przełamuje wszelkie możliwe oraz znane nam schematy. Jest niegrzecznie, hardkorowo, wulgarnie. Tego typu forma reportażowa nazywana jest gonzo. Książka ma w sobie coś z powieści i literatury faktu. Istotne jest, że autor nie ukrywa, iż stosuje subiektywny i ubarwiony opis rzeczywistości. Bohater książki opisuje zastaną rzeczywistość, a przy okazji najbardziej krytykuje Polaków udających się na Ukrainę. Żeby było bardziej kontrowersyjnie, sam utrzymuje się z pisania mocno ubarwionych artykułów o naszym wschodnim sąsiedzie.

Ludzie podróżują – ot, takie banalne stwierdzenie. Jedni wybierają świetnie zorganizowane wycieczki, które oferują biura podróży. Inni chcą się od tego odciąć, a jednocześnie dowartościować, więc jadą w miejsca ekstremalne, by poczuć adrenalinę. Oba typy turystyki Ziemowit Szczerek wyśmiewa. Bo po co Polacy jeżdżą na Ukrainę? Autor odpowiada: by leczyć kompleksy, ukazywać swoją wyższość. Wschód staje się dla nas starą fotografią, do której wracamy, by pokazać, że my, teraz, jesteśmy znacznie lepsi, cywilizowani. Poprzez Ukrainę chcemy podkreślać nasze wspaniałe oblicze: Polaka- Mesjasza narodów, odkupiciela, obrońcę chrześcijańskich wartości. Czy aby na pewno tak się dzieje?

Łukasz Ponczyński na swojej drodze spotyka wielu rodaków, czasem z nimi przemierza Wschód. Jednak wszystko co go spotyka, zmienia stopniowo jego nastawienie do Ukrainy. Początkowo nie różni się od osób przez niego opisywanych. Nie ukrywa, że czerpie z beatników, chce być trochę jak Kerouac, więc muszą pojawić się narkotyki, alkohol. Jednak zamiast jazzu, będzie ruskie disco, a podróżnikom musi towarzyszyć balsam Wigor na potencję, zapijany kwasem chlebowym.

Ziemowit Szczerek pokazuje, że nie można już wrócić do Ukrainy ze „Sklepów cynamonowych”. Pijane sentymentalne studentki polonistyki przybyły do Drohobycza „oddać hołd wielkiemu polsko-żydowskiemu pisarzowi, mistrzowi mowy polskiej” (s. 31). Jednak umiejętności językowe Marzeny i Bożeny pozostawiają wiele do życzenia, a ideał po raz kolejny sięgnął bruku.  Łukasz naśmiewa się z turystów licytujących się na cmentarzu Orląt Lwowskich, kto zrobi sobie fotografię, przy najmłodszej ofierze. Powstaje z tego groteskowy obraz, w którym „Hawran (…) zrobił komórką zdjęcie facetowi, który robił komórką zdjęcie swojej żonie, która robiła komórką zdjęcie białemu krzyżowi, pod którym leżało najmłodsze z Orląt: Jaś, który miał dziesięć lat” (s. 57).

Inni chcą na siłę zaznać czystej ukraińskości. Zmuszają więc lokalnych mieszkańców do picia wódki – obowiązkowo w szklankach. Nawet chorego postawią na nogi, byle tylko osiągnąć swój cel, a ostatecznie móc się pochwalić po powrocie przed kolegami, jakiego hardkoru doświadczyli, przy dźwiękach bałałajki.

Jeden z bohaterów książki – Taras – porównuję Ukrainę do Mordoru. Według niego Tolkien we „Władcy pierścieni” pokazał, że na wschodzie jest tylko „szara masa, której wszyscy się boją. Barbarzyńcy. Tępe, grubo ciosane orki i trolle o mordach jak kalarepa. Chlupiące w szaroburym krajobrazie. (s.166)”. Oczywiście, niemal wszystkie dyskusje odbywają się przy stole suto zastawionym alkoholem.

Mocną stroną książki Szczerka jest jej język. Autor nie boi się posłużyć słownictwem ulicy, by za chwilę wrócić do literackiej polszczyzny. Skoro opisuje dyskusje podczas libacji alkoholowych, muszą pojawić się i wulgaryzmy. Jednak Szczerek posługuje się nimi tak naturalnie i swobodnie, że stają się niemal poezją. Czymś, bez czego książka straciłaby na autentyczności.

Co pozostaje po lekturze „Mordora”. Niewątpliwie kac moralny. Autor wciąga nas w swoje gonzo. Daje stereotypowe opowieści, nakręca nas, by za chwilę zapytać: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”. Głównemu bohaterowi po podróżach pozostał wstyd. Za to, że nie potrafił odciąć się od uczucia wyższości wobec Ukrainy i traktowania jej z góry. Czy nastąpi oczyszczenie i zmiana w mentalności Łukasza Ponczyńskiego? Czytelnikom książka daje do myślenia, i do wiwatu. Na tym polega siła „Mordora”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Ha!art.

„180 000 kilometrów przygody” – Tony Halik

180 000 kilometrów przygodyWychowywaliście się na książkach podróżniczych? Ja zaczynałam od opowieści snutych przez Centkiewiczów, Fiedlera, a nawet Sienkiewicza… Odkrywałam nieznane lądy, ale ilustrować je mogła jedynie moja własna wyobraźnia. Dlatego w tych książkach warstwa opisowa była niezwykle ważna i rozbudowana.  Aż tu nagle w telewizji pojawił się Tony Halik i Elżbieta Dzikowska. Oni wreszcie pokazali mi jak wyglądała ziemia, po której podróżowali.

Jako, że jeszcze trochę pamiętam programy typu: „Pieprz i wanilia”, chciałam je skonfrontować z książkami Tony’ego Halika. Udało mi się sięgnąć po „180 000 kilometrów przygody”, czyli opowieść o podróży po Ameryce Południowej i Łacińskiej. Niezwykła jest jakość zdjęć, które zostały wykonane w latach 1957-1962. Mimo to, że nie istniała jeszcze fotografia cyfrowa, redaktorom tej pozycji udało się tak wybrać zdjęcia, że niemal nie zauważamy, że powstały one ponad pięćdziesiąt lat temu.

Wyprawa Tony’ego Halika rozpoczęła się w Buenos Aires. Pewnego upalnego dnia, autor stwierdził, że jest mu w tym miejscu zbyt duszno i postanowił ruszyć z żoną Pierrette w daleką podróż. Najpierw ku Ziemi Ognistej, a potem prosto na północ w kierunku Alaski. Kiedy wrócili po czterech latach, licznik ich jeepa wskazywał 182 tys. kilometrów. Podczas wyprawy na świat przyszedł Ozana – syn podróżników. Nie będę się zbytnio rozwodziła nad psem, czy ekwipunkiem potrzebnym podczas takiej wyprawy. Jeep miał udźwignąć 750 kg, a wiózł 2550 kg. Warto wspomnieć o wynalazku Halika – pralce. Zrobiona z puszki po konserwach (jak wyobrażam sobie większej niż współczesne), wypełniona wodą, mydłem i bielizną, podskakiwała na dziurach umocowana na zewnątrz wozu. Proste, a jakże praktyczne.

Mały Ozana pojawił się na świecie w drugiej części podróży. Niesamowite, że bohaterowie tej książki nie przerwali wyprawy. Poradzili sobie z malutkim brzdącem w surowych i trudnych warunkach. Dotarli tam, gdzie i dziś nie jest łatwo przetrwać. Przyglądali się człowiekowi, który odbierał złoto morzu. Był to odwet za to, że woda zabrała mu żonę, dobytek i przyjaciela. W Argentynie razem z Halikiem poznajemy gauchos – argentyńskich pasterzy bydła. Na pustyni Atacama podróżnicy ratują życie ofiarom wypadku samochodowego. A to dopiero początek przygód, które spotkają członków wyprawy.

Tony Halik zabiera miłośników przygód do kopali złota oraz szmaragdów. Przybliża czytelnikowi historię Inków, by potem pokazać pozostałości dawnych cywilizacji. W latach pięćdziesiątych były to wciąż mało znane miejsca. Nawet zdjęcia Macchu Picchu nie są sztampowe, bo przedstawione z nieco innej perspektywy.

Książkę czyta się z przyjemnością. Autor nie spisał swej podróży w sposób chronologiczny, czy w formie dziennika. Każdy rozdział dotyczy jakiegoś miejsca, innej historii. Przyznam, że zaskoczyło mnie to, że panamskie kapelusze produkowane były w połowie XX wieku w Ekwadorze. Jeżeli ktoś zna programy telewizyjne tego podróżnika, będzie potrafił, czytając książkę, wręcz usłyszeć Halika i ten charakterystyczny sposób, w jakim snuł opowieści. Bo historie, które zostały przedstawione, mają być pewnego rodzaju popisem stylu podróżnika. Halik buduje napięcie opowieści, by zainteresować czytającego mrożąc jego krew w żyłach.

Dzięki „180 000 kilometrów przygody” można łączyć przyjemne z pożytecznym. Z jednej strony poznamy historie opisywanych miejsc. Z drugiej, słuchamy opowieści pełnych emocji, opowiedzianych barwnym językiem, okraszonych dużym poczuciem humoru. Niektóre sytuacje mogą dzisiaj być kontrowersyjne – jak choćby sadzanie dziesięciomiesięcznego synka na samochodzie, przy niedawno ustrzelonym jaguarze. Ale może przez to historie są bardziej autentyczne? Widać też, że Tony Halik był pewnego rodzaju wzorem dla Wojciecha Cejrowskiego, który przecież przebywał w podobnych miejscach, ale kilkadziesiąt lat później.

Dziękuję Wydawnictwu Bernardinum za książkę.

„Chiny od góry do dołu” Marek Pindral

Chiny od do dołuW Święta Bożego Narodzenia wybrałam się do Chin… Oczywiście palcem po mapie, a moim przewodnikiem był Marek Pindral, autor książki „Chiny od góry do dołu”. Choć o historii tego kraju mogę co nieco powiedzieć, to oczywiście wciąż niewystarczająca wiedza, by stwierdzić, że znam Chiny. Co tam obecnie się dzieje, wiem tyle co nic.

Mam koleżankę, która opuściła polską wieś, liczącą sobie niemal 900 mieszkańców, by uczyć angielskiego w Chinach. Widuję ją sporadycznie i nie mam zbyt wielu okazji, żeby z nią porozmawiać o jej doświadczeniach. Dlatego właśnie zainteresowała mnie książka Marka Pindrala, gdyż on również otrzymał podobną propozycję i zdecydował się uczyć angielskiego – chińską młodzież. Tyle, że aby się dostać do Państwa Środka, należało najpierw udowodnić chińskiemu rządowi, że się jest zdrowym na ciele i umyśle oraz przejść pomyślnie testy – nie angielskiego… Na syfilis i HIV.

Autor udał się do  Chengdu, gdzie przez dwa lata był nauczycielem. Nazwa tego miasta, którego jednostka administracyjna liczy 30 milionów mieszkańców, oznacza „podwójne szczęście”. Oczywiście książka nie należałaby do kategorii podróżniczych, gdyby autor skupił się tylko na tym jednym miejscu. Dzięki wakacjom i wolnym dniom od pracy, wyruszał w bliższe i dalsze trasy po Chinach, by poznać lepiej ten kraj. Do pomocy zabierał ze sobą jednego z uczniów. Takiego, który raczej nie miałby szansy, żeby wybrać się w taką wędrówkę, ze względu na trudną sytuację materialną.

Marek Pindral nie napisał przewodnika turystycznego. Skupił się na tym, by obserwować, a następnie opisywać swoje doświadczenia. Mao Tse Tung stwierdził – jak mówi anegdota – że należy podzielić kraj na dwie części: jedną, w której będzie ogrzewanie, i drugą, w której ogrzewania nie będzie. Pindral znalazł się w tej drugiej części kraju, dlatego zdarzało mu się prowadzić zajęcia w płaszczu i spać w ubraniu i czapce.

Autor mógł poznać Chiny dzięki temu, że zbliżył się do zwykłych ludzi. Bywał zapraszany przez swoich uczniów do ich rodzin. Jednak przez to, że kraj jest totalitarny, wynikało wiele kłopotów. Po pierwsze: obserwowano Pindrala i nawet oskarżano o szpiegostwo, po drugie: kłopoty mieli Chińczycy, którzy zapraszali go do siebie. Bywali przesłuchiwani i inwigilowani przez władzę. Dlatego podawane są tylko inicjały tych osób, by jakoś ich chronić.

Oczywiście trudno patrzeć na Chińczyków przez pryzmat naszej kultury. Dlatego opowieści Marka Pindrala mogą przybliżyć czytelnikowi inność Państwa Środka. Przykładem może być stosunek do jednostki. Na pytanie dlaczego trzeba uciekać na dach, gdy będzie trzęsienie ziemi? Odpowiedź była nieco zaskakująca – żeby było łatwiej zidentyfikować szczątki…

Książka „Chiny od góry do dołu” pokazuje jak bardzo różnorodne jest to państwo oraz jego mieszkańcy. Poznajemy osoby, które biorą udział w wyścigu szczurów i nie ruszają poza swoje miasto, ale i tych, którzy żyją spokojnie na prowincji. Właśnie tych ludzi mieszkających w malutkich wioskach Marek Pindral darzy największą sympatię. W tej lekturze mamy możliwość obejrzenia wielu fotografii, ale brakowało mi opisu tych zdjęć.

Dzięki książce „Chiny od góry do dołu” miałam okazję towarzyszyć Markowi Pindralowi w jego przygodzie. Autor przez dwa lata zbliżył się do ludzi, z którymi miał do czynienia na co dzień. Dzięki jego obserwacjom, niekiedy opisanym z dystansem i humorem, mogłam dowiedzieć się, jak żyją zwykli ludzie. Bo przecież oni i ich poglądy, światopogląd, są nam zupełnie obce. Kontakt ze zwykłymi Chińczycy utrudniał też lęk przed obcym. Również sami przed sobą nie mogą się przyznawać do tego, co naprawdę myślą o swoim kraju. Dlatego każda ich indywidualna i wolna myśl jest cenna.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bernardinum

Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny – A. M. Goławska, G. Lindenberg

Toskania i UmbriaWłaśnie rozpoczęły się wakacje. Jednak dla niektórych jedyną możliwością, by poznawać wymarzone miejsca jest literatura. Często też, kiedy już uda się nam gdzieś pojechać, chcielibyśmy wszystko wiedzieć, żeby przypadkiem na miejscu nie spotkały nas jakieś niemiłe niespodzianki. Książka – „Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny” Anny Marii Goławskiej i Grzegorza Lindenberga jest właśnie taką lekturą, która staje się niezbędna, gdy chcemy bliżej poznać ten region Włoch, nawet jeśli nie planujemy w tej chwili się tam wybierać.

Po pierwsze nie lubię książek, gdzie autor opisuje jak to wyprowadził się z wielkiego miasta na południe Francji, czy właśnie do Włoch i opisuje swoje przeżycia, integrację z miejscowymi. Nie jestem w stanie zbyt wiele zapamiętać z takich książek – zlewają mi się miejsca, autorzy, tytuły. Zostaje jakaś niestrawna papka w glowie.

Jednak ten przewodnik to coś innego. Po pierwsze Toskania i Umbria kojarzą mi się z dziełami wielkich malarzy. Dopiero jednak opowieści Anny Marii Golawskiej pokazują, że niemal w każdej miejscowości można spotkać wybitne dzieła sztuki. Tak, jakby renesans nigdy się nie skończył, a my cofnęlibyśmy się w czasie o kilka ładnych wieków. A ja wreszcie poukładałam sobie artystów na mapie Włoch i we własnej głowie.

Uwielbiam architekturę średniowiecza i renesansu. Mam takie małe marzenie, żeby kiedyś zobaczyć Florencję. A tu proszę – niespodzianka. Autorzy uświadomili mi, że zachwyt tym miejscem należy dawkować  sobie w małych porcjach, żeby się nie zawieść. Przestrzegają naiwnych przed drobnymi oszustami, tłokiem, zachęcają, by szukać mniej zadeptanych – a równie ciekawych miejsc.

Autorów inspiruje „Barbarzyńca w ogrodzie” Zbigniewa Herberta, dlatego nie znajdziemy w tym przewodniku opisów hoteli, z największą liczbą gwiazdek i o najlepszym standardzie, za to mowa będzie o zaspakajaniu zmysłu wzroku. Liczył się będzie klimat, nawet jeśli w noclegowniach po kątach zalegają pajęczyny, wystarczy, że rano gospodarz uraczy gości domowym jadłem własnej produkcji – to chwyta za serce i rekompensuje w ten sposób wszystkie niewygody.

Okazuje się, że w dobie globalizacji nadal można szukać miejsc nie całkiem skażonych przez współczesną cywilizację. Gdzie nadal hoduje się świnki, uprawia winorośle, jak kilkanaście wieków wcześniej, a ludzie cieszą się z tego, co daje im łaskawa natura. Aż się nie chce wierzyć, że może istnieć gdzieś tam XXI wiek, ponieważ w starych murach wszystko wygląda jak przed laty.

Dzięki Annie Marii Goławskiej i Grzegorzowi Lindenbergowi, świat Toskanii oraz Umbrii staje się nam bliższy. Łatwiej początkującemu podróżnemu będzie zorientować się w zasadach panujących w tamtym regionie, bo jednak co kraj to obyczaj. Nawet otrzymamy krótką lekcję wymowy po włosku, tak by zrozumieć Toskańczyków. Pokażą nam, jak się orientować w wyborze noclegów, albo gdzie jadać. W końcu kuchnia włoska według niektórych należy do jednych z najsmaczniejszych na świecie. Opowiedzą nam też, jakie trunki wybierać.

Najistotniejszą jednak częścią tej książki są opisy miejsc i dóbr kultury. Dobrze, by czytelnik orientował się nieco w sztuce, ponieważ autorzy na jednej stronie potrafią wychwalać kilka dzieł, a nie zawsze są one pokazane na ilustracjach. Gdy nie byłam pewna, podglądałam obrazy w wyszukiwarce google, więc mogłam zobaczyć je wszystkie. Choć w rzeczywistym świecie, wrażenie jest bardziej niesamowite.

Przewodnik posiada sporą ilość zdjęć. Na fotografiach są przedstawione najważniejsze zabytki, ale by oddać klimat miejsca – a nie pokazać jego wersję znaną z widokówek. Dzięki temu czujemy się trochę tak, jak byśmy tam byli. Sporym plusem tej książki jest to, że autorzy nie podają suchych informacji. Dodają też opowieści z własnych doświadczeń, czy zabawnych sytuacji, które przeżyli w Toskanii oraz Umbrii. Dlatego przewodnik czyta się raczej jak ciekawą powieść – a nie nudnawy leksykon. Można przy okazji pozazdrościć miejscowym kotom, że mają beztroskie życie w tak cudownych miejscach. Bo i o tych czworonogach autorzy nie zapomnieli wspomnieć. Jakby czytelnikowi było mało, może jeszcze prześledzić podane na końcu przewodnika strony internetowe oraz pogłębiać wiedzę na temat tego cudownego rejonu Włoch. Poczułam się jakbym była tam na wakacjach.

Dziękuję za książkę Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Syberyjskie podróże księdza Sowy

Moje syberyjskie podróze„Moje syberyjskie podróże” Kazimierza Sowy mogłyby być zwykłą książką podróżniczą, gdyby nie to, że zostały napisane przez księdza katolickiego. Nie chodzi o to, by odstraszać ateistów, ale aby zwrócić uwagę na fakt, iż niezbyt często się zdarza, by duchowny pisał o swoich doświadczeniach z dalekich wypraw.

Kazimierz Sowa na początku wyjaśnia skąd wzięła się jego fascynacja Syberią. Najpierw  zagłębiał się w dokumenty i historię tamtych terenów, by pisać pracę magisterską. Czytał o obecności Polaków na wschodzie, zastanawiał się nad tym, dlaczego tak wiele osób decydowało się na to, by pozostać w Rosji.

Na wyprawę nadszedł czas w 2009 roku. Pierwsze miejsce na Syberii, które poznał, to przemysłowy Kuzbas – odpowiednik Śląska z lat sześćdziesiątych. Wędrujemy po okolicach, do których nie zajrzelibyśmy z przewodnikiem turystycznym. Przebywamy w „Muzeum pamięci” ofiar NKWD, oglądamy prehistoryczne malowidła naskalne, udajemy się do rosyjskiego Białegostoku – gdzie jeszcze są ślady polskich osadników.

Bezkresna przestrzeń, ale co chwilę można napotkać ślady rodaków. Każdy kościół katolicki nazywany jest polskim. Określenie na stałe weszło do języka rosyjskiego, choć krajanów znajdziemy niekiedy tylko na cmentarzach. Kazimierz Sowa pokazuje piękne cerkwie oraz opisuje ciekawe miejsce kultu buddyjskiego w Buriacji, gdzie żyją tybetańscy mnisi – dzięki pozwoleniu Stalina. Oprócz wyprawy koleją transsyberyjską, poznawania kultury i mentalności miejscowych, podróżnik uda się też na wyprawę w tajgę tzw. rybałkę.

Interesujące jest, jak bardzo ludzie, którzy poznali Syberię są nią zafascynowani. Powstało wiele książek o podobnej tematyce, choć przecież każda jest zupełnie inna. Sam teren jest tak olbrzymi, że trudno się powielać w swych obserwacjach. Kazimierz Sowa starał się nie ograniczać do opisów kościołów katolickich, czy polskich parafii. Pokazał z jakimi problemami muszą się zmagać mieszkańcy Syberii, jak żyją. Zwrócił uwagę na piętno, które pozostawił na społeczności komunizm. Autor nie boi się pisania o swoich doświadczeniach. Wspomina, że na Syberii źle widziane byłoby, gdyby nie napił się wódki z towarzyszami wypraw. Nawet wymienia i opisuje gatunki wysokoprocentowych trunków, które można nabyć w Rosji.

„Moje syberyjskie podróże” spodobają się nie tylko miłośnikom wschodnich rubieży. Książka została wbogacona sporą ilością zdjęć, przybliżających opisane miejsca. Dokumentują one również doświadczenia Kazimierza Sowy – np. w bani, czy podczas próbowania syberyjskich specjałów. Książkę czyta się dobrze, bo nie ma w niej dłużyzn. Autor dostrzega wiele problemów Syberii oraz jej mieszkańców i o nich opowiada. Z pewnością wiele można się dowiedzieć z „Moich syberyjskich podróży”, a ja chętnie poznawałam światy zupełnie mi nieznane. Najbardziej zachwycałam się piękną architekturą, której kolory mogą wywołać zawroty głowy.

 Dziękuję Weltbild za egzemplarz książki 🙂

Z Blondynką na Tasmanii…

Blondynka na TasmaniiZ książką Beaty Pawlikowskiej z serii National Geographic, Dzienniki z podróży zetknęłam się już wcześniej. Była to „Blondynka w Meksyku” i „Blondynka w dżunglii”. Tym razem Mikołaj pomyślał, że czas się wybrać na Tasmanię.

Beata Pawlikowska wybrała się na drugi koniec świata właśnie w czasie, kiedy świętujemy Boże Narodzenie. Z tym, że na Tasmanii wszystko wygląda inaczej. Nigdzie nie było znaku świąt. Żadnych choinek, ozdób, dekoracji… Wigilia w stylu tasmańskim to popołudniowe spotkanie ze znajomymi – na drinku oczywiście. Święta oznaczają, że nie można się przemieszczać transportem publicznym – wszystkie autobusy i pociagi zostały odwołane na cztery dni. Więc jak poznać wyspę? Odpowiedź znajduje się w książeczce.

Beata Pawlikowska przybliża nam Tasmanię w sposób podobny do poprzednich. Opowiada historię miejsca, pokazuje zwyczaje, przytacza trochę anegdot i własnych refleksji. Kiedy czytam książki tej autorki, to w głowie odtwarza mi się głos autorki – tak dobrze znany z radia. Wtedy łatwiej mi pogodzić się z tym, że napisała tak mało. A przecież chciałabym dowiedzieć się więcej. Kilka zdjęć i opisów mi nie starcza.

Widać nie jestem docelowym odbiorcą tej lektury. Książka jest tak mała, że odnosiłam wrażenie, że czytam modlitewnik. Z drugiej strony dzieł o Tasmanii nie ma zbyt wiele, więc warto od czegoś zacząć. A lektura nadaje się w kolejkę do lekarza, czy w podróż autobusem. Pod warunkiem jednak, że nie będziemy musieli czekać zbyt długo…